piątek, 13 stycznia 2012

"Szpieg", reż. Tomas Alfredson.

Oto piękny przykład świetnie zrealizowanego filmu, który opiera się na mówieniu i milczeniu, na spojrzeniu. Tempo i pauza, i wzbudzony w widzu nastrój. Trochę niepokoju, trochę zdziwienia, trochę tęsknoty?
Kontrastując z moim dziecinnym zapatrzeniem w kinowy ekran, nowy film Alfredsona jest idealny, ale jest w tej idealności spokojny, dojrzały, stonowany... Bije po oczach profesjonalizmem, dyskretnie przemyca wdzięk i styl. Jestem tak zadowolona z tego filmu, jakby był mój własny.

Wyjątkowo ciężko mi nie napisać: "idźcie, cieszcie oczy!", nie piać z zachwytu nad tym, co w "Szpiegu" jest dopracowane w stu procentach, dopięte na ostatni guzik i elegancko podane, bez mała wstążeczką przewiązane. Ale wtedy musiałabym po prostu kolejno wychwalić każdy element składowy filmu, od obsady zaczynając.
Spróbuję więc inaczej.

Dramatyzm. Tego w książce nie było. A dokładniej, zostało przygniecione szczegółami, wspomnieniami, nazwiskami, datami, miejscami... Stos akt wytłumił wydźwięk historii i "Druciarz, krawiec..." czytało się z zainteresowaniem, ale bez większego wzruszenia. Może poza Prideaux, ale trzeba być skałą, żeby nie wzruszyć się Jimem Prideaux, nawet przysypanym aktami zamierzchłych spraw.
Film Alfredsona, przez uproszczenie historii, pozbawiony zalewu osób i miejsc, okazuje się dramatem w pełnej krasie. "Szpieg" stał się historią smutnego zdrajcy i smutnego myśliwego, którzy powoli odnajdują się w świecie, który już nie jest ogarnięty "prawdziwą" wojną, w którym zaczyna brakować miejsca dla gwardii odchodzącej w zmierzch.

Charaktery. Byłam pod wrażeniem uszczegółowienia każdej postaci. Nawet najdrobniejszej. John Le Carre zadbał o szczegółowość, kiedy malował swoich chłopców i dziewczynki w Cyrku. Alfredsonowi i obsadzie udało się tę szczegółowość na ekran przenieść, z tego jestem zadowolona. Moimi faworytami byli Oldman, Hinds, Hurt, Cumberbatch i najlepszy (a mnie dotychczas nieznany) David Dencik jako Toby Esterhase. Ale w tym filmie nie ma złej roli.

Modyfikacje. Udane, za co należą się skromne brawa. Ekranizacje ogółem, a na pewno książek o tak szczegółowej i pogmatwanej akcji prowadzonej głównie retrospekcjami, obfitują w zmiany, uproszczenia i pominięcia. Z różnym skutkiem. Wersja Alfredsona mnie przekonała, byłam pod szczególnym wrażeniem pomysłu z przyjęciem gwiazdkowym, które posłużyło jako narzędzie komentarza dla historii właściwej. A z czasem kolejne sceny z przyjęcia wzbudzały więcej uczuć, niż tocząca się akcja. Były podsumowaniem, wspomnieniem zarówno dobrym i złym, zapowiedzią przyszłych wydarzeń, mapą relacji. Naprawdę pomysłowy zabieg w scenariuszu.

Towarzyszy nam atmosfera trochę duszna, przyczajona. Wiemy, że coś nadchodzi, coś chowa się w ciemności, przemyka tuż pod nosem, skrada za plecami.
I w jednej chwili żałujemy Smileya, uśmiechamy się do Haydona czy Tarra, krzywimy z niecierpliwym grymasem nad Allelinem. W kolejnej już zastanawiamy się, czy naprawdę można czuć do nich sympatię, do któregokolwiek. Wszyscy "wspaniali chłopcy" Cyrku, których chciałoby się zapamiętać szlachetnymi.
Rąbek "starych dobrych czasów" jest odchylony specjalnie dla nas. Ale i te przestają wydawać się dobre i warte ciepłych wspomnień, kiedy do głosu dochodzą szmery z samotności ciasnych biur i nocnych dyżurów, tajemnice owiewające spotkania po godzinach.

Nie mam wątpliwości, że w przypadku nominacji ewentualnych, oscarowych (mam nadzieję), "Szpieg" przegra wszystko ze wszystkimi, tak jak przegrało "Social Network" z "Jak zostać królem", jak przegrał "Frost/Nixon" ze "Slumdogiem", jak lata wcześniej przegrał "Michael Clayton", "Capote", "Rzeka tajemnic"... Te filmy ciągle przegrywają, a ja rok w rok mam malutką nadzieję. Absurdalną.

I muzyka. Ach, muzyka! (autor: Alberto Iglesias, często pisze muzykę dla Almodovara) Muzyka jest całkiem osobną, niepokojącą, stonowaną rewelacją w tle.

9 komentarze:

papierowa latarnia pisze...

Wiedziałam, że muszę obejrzeć ten film kiedy tylko o nim usłyszałam. Niestety, jeszcze nie miałam okazji :( Natomiast twoja recenzja jest rewelacyjna :)

Froblog pisze...

Tymczasem Szpig nie był nominowany nawet do Złotych Globów. Szkoda, ale to faktycznie zupełnie nie-hollywoodzki film. Świetny zresztą.

beatrix73 pisze...

Pamiętam, gdy oglądałam rozdanie Oskarów dawno, dawno temu (w internacie wtedy mieszkałam) i trzymałam kciuki ogromne za film, na którym byłam dwa razy z rzędu w kinie. To było "Milczenie owiec" - i udało się. Ten film - wtedy - rozłożył mnie na łopatki. I Jodi Foster.
Od tamtej pory (może tylko z małym wyjątkiem Titanica), filmy, które dostają nagrodę już nie są moimi faworytami. Czyli czekamy... ;)
"Szpiega" na pewno obejrzę.

liritio pisze...

A to różnie bywa, ale zwykle jednak wygrywają filmy nie do końca w moim guście. Ale faktycznie, "Milczenie owiec" konkurowało z filmami, którym bym statuetki raczej nie wpychała, też się cieszę, że wygrało :)
A tegoroczne nominacje raczej są mi obojętne.

Logos Amicus pisze...

Świetnie napisana recenzja. Mogę powiedzieć, że była jedną z bardziej istotnych dla mnie zachęt, by ten film obejrzeć.
A po obejrzeniu - widzę, że moje wrażenia pokrywają się niemal zupełnie z Twoimi.
Naprawdę.

Muzyka znakomita, podobnie jak zdjęcia, klimat, aktorstwo... można tak ciągnąć dalej.
Jeden z najlepszych filmów ostatniego roku - bardzo się wyróżniający na tle tych wszystkich sztampowych produkcji.

liritio pisze...

Logosie, miód na me serce: "...była jedną z bardziej istotnych dla mnie zachęt, by ten film obejrzeć." :))
A że wrażenia nam się pokrywają, to już pewna nowość, przynajmniej to, że pokrywają się w niemal całkowicie :) chętnie przeczytałabym u Ciebie więcej na temat "Szpiega", dla skontrastowania ostatniego zniesmaczenia MI, "Hugo" i "Koniem Wojennym" :)

Film jest rewelacją, naprawdę, nie spodziewałam się.
A dzisiaj mam dylemat wielki, iść jutro do kina na "Idy marcowe" czy "Dziewczynę z tatuażem". Nie wiem.

Logos Amicus pisze...

"Idy" czy "Dziewczyna"? - moim zdaniem oba filmy warte są obejrzenia. Trudno mi doradzić, bo nie wiem w jakim jesteś nastroju: na Craiga i Marę czy Cloony'a i Goslinga? ;)

A najbardziej polecam Ci "Rozstanie".

Logos Amicus pisze...

Mimo wszystko filmem o - nazwijmy to - większej randze artystycznej (niż "Idy marcowe") jest "Dziewczyna z tatuażem".
A "Rozstanie" to już zupełnie inna liga.

liritio pisze...

Już padło na "Dziewczynę..." wrażenia pokrótce - szału nie ma.
Na "Rozstanie" się zaczajam, ale to zupełnie inna ranga, inne skojarzenia, przyjdzie pora. Najpierw muszę przeczytać Twoje wrażenia :)

Prześlij komentarz