czwartek, 19 stycznia 2012

"Szpetni czterdziestoletni", A. Osiecka.

"Odczuwamy trochę zgagi po tym życiu - po tym życiu, po przepiciu i te pe. Odczuwamy trochę kaca, że co było, to nie wraca, jak ten kochaś, który zginął w sinej mgle."
Na Osieckiej się odrobinę wychowałam. Jej piosenki grają w mojej głowie, kiedy myślę o dawniejszych latach. Oczywiście nie tylko jej, Osiecka była między innymi, ale później wybiła się na pierwszy plan złachmanionym już trochę albumem "Pięć Oceanów". Dzisiaj jest zasłuchany na amen i te piosenki kocham, znam je wzdłuż i wszerz i na okrętkę, i są mi bardzo drogie.

Ale za Osiecką, którą poznaję czytając jej książki, raczej nie przepadam. Ten charakterystyczny, słodko-gorzki nastrój mogłabym chłonąć nieustannie, ale ją nie bardzo lubię i "Szpetni czterdziestoletni" nie zmienili tego ani o jotę. Chociaż mam wrażenie, że jest to książka raczej niefortunnie ułożona, ni pies ni wydra.

Alfabetyczne, prywatne hasła autorki, słowa-klucze do wspomnień z lat głównie pięćdziesiątych, odwilży gomułkowskiej, takie "przed i po" października. Pomysł niby niezły, szkoda tylko, że niektóre z tych haseł mają objaśnienie złożone z dwóch, trzech zdań, mało interesujące, po którym przychodzi pytanie "i co z tego?".
Brakowało mi też wyraźnego zamysłu Osieckiej, która najwyraźniej sama nie wiedziała, o czym chce napisać. O zmianach w kulturze? Zmianach społecznych, ogólnych? Może wolała wspominać sławnych (później) znajomych z młodości?

"Szpetni czterdziestoletni" tylko miejscami przykuwali uwagę mocniej. Zwykle w momentach, kiedy Osiecka nie pisała o sobie czy w odniesieniu do siebie i jednocześnie skupiała się na znajomych z branży. Nie mogę jej odmówić wielu ładnych spostrzeżeń o ludziach tamtych lat, Doboszu, Słonimskim, o Kalinie Jędrusik, Cybulskim, Adamie Pawlikowskim... I tak mi się wydaje, że o ówczesnej Łodzi napisała z dużym wdziękiem.
Drugie, czego nie mogę jej odmówić, to szczęśliwy brak sentymentalnych głupot. Cała ta książka jest z sentymentu napisana, ale bez rzewności, bez rozwlekłego romantyzmu "dawnych lat". Dobrze, takie coś do słodko-gorzkiej Osieckiej by nie pasowało.

Werdykt ogólny? Prosty. "Szpetni czterdziestoletni" jedną stroną wpadają, drugą wypadają, jako przerywnik, poprawiacz humoru czy lektura pociągowa będą fantastyczni.
Ale jeżeli chodzi o układ alfabetyczny, wolę Słonimskiego "Alfabet wspomnień".
Jeżeli chodzi o anegdoty wzięte z życia, pisania i estrady, to "Wspomnienia chałturzystki" Stefanii Grodzieńskiej równych sobie nie mają. Ale dotyczą też okresu trochę wcześniejszego, prawda.
Natomiast Osiecka znacznie bardziej zainteresowała mnie w "Galerii potworów". Toteż "Galerię..." na start zalecam, a czterdziestoletnich na potem.

Na koniec uśmiechnąć się trzeba nad tym oczywistym. Osiecka cofa się myślami do lat najpiękniejszych, do swojej młodości wśród tych artystów, z którymi zapewne nudzić się było trudno. I to w czasach, którym charakteru nie brakowało. Jakby więc ta książka jej wyszła, czy nie, "Szpetni czterdziestoletni" są pełni słodkich myśli, o tym co za jej młodości było cenne. Czyli czytać bez uśmiechu nie sposób.

2 komentarze:

papierowa latarnia pisze...

Muszę przyznać, że nigdy nie przeczytałam żadnej z jej książek a piosenki znam tylko te najbardziej popularne. Jakoś mi tego nie brak, może kiedyś nasze ścieżki się skrzyżują :)

liritio pisze...

Jak Ci nie brak, to chyba wszystko w porządku :) wszystkiego się nie ogarnie, życia nie wystarcza.

Publikowanie komentarza