niedziela, 5 września 2010

"Map of the Sounds of Tokyo", reż. Isabel Coixet.

Już tyle razy siadałam, żeby napisać o tym filmie. I tyle samo razy kończyło się to krótkim bębnieniem paznokciami w klawiaturę (dokładnie w literki k, l i dwukropek), po czym z grymasem zniechęcenia klikałam w krzyżyk, który zabijał mocno nieudolnie sklecone zdanka, głównie nie na temat.

Chciałam napisać, że chociaż nie wszystko w "Map of the Sounds of Tokyo" było dla mnie zrozumiałe, film wydał mi się jedną z ładniejszych historii o miłości, jakie kiedykolwiek oglądałam. Miłości w wielu jej odmianach i stadiach, ale ukrytej, jakby niechętnej do pokazania się widzom. Miłości niedopowiedzianej.
I jeszcze chciałam napisać, że Rinko Kikuchi przykuła moją uwagę dwa razy, graną przez siebie postacią cichej morderczyni cierpiącej na bezsenność i po raz drugi, samą sobą. Aktorka ma tak spokojną, wręcz kamienną twarz, a jednak potrafi wyrazić nią znacznie więcej uczuć, niż ja tysiącem grymasów.
Miałam również wspomnieć o zdjęciach Jean-Claude'a Larrieu, które można by zatrzymywać i przerabiać na oddzielne obrazy, wieszać na ścianach i patrząc na nie, wyciszać się po zabieganym, hałaśliwym dniu.

Mogłabym również dodać, że "Map of the Sounds of Tokyo" sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać nad zmianą zawodu. Dlaczego nigdy nie chciałam patroszyć ryb na nocnej zmianie, skoro to tak ładnie wygląda, mimo że zewsząd leje się rybia krew. Albo założyć sklepu z winami, w którym froterowałabym co wieczór drewnianą podłogę i spędzała noce z napoczętą butelką wina, majtając ze znawstwem półpełnym kieliszkiem.
A najchętniej zmieniłabym się w starszego Japończyka, który nagrywał dźwięki Tokio. I tak jak on leżała na matach z zamkniętymi oczami, słuchając życia innych.


Chciałam też dodać, że "Map of the Sounds of Tokyo" to film, który szumi. Znaczy, mnie on szumi, ale może to głupie, może wcale nie powinnam tak pisać?
A jednak, szumi, jak woda. Wolno, cicho, płynie, drąży, zostaje takim szumiącym wspomnieniem długo po tym, jak pojawią się napisy końcowe.
Szumi Japonią, o której nie mam bladego pojęcia. Japonią nocy, pełną świateł, chłodnego powietrza i samotnych, cichych ludzi. Szumi samotnością bohaterów, szumi rozpaczą ojca po samobójstwie córki. Szumi wszelkimi uczuciami, które są równie dyskretne, co silne.
I film tak szumi, a ja nie umiem o tym wszystkim napisać w sposób subtelny i trafny. Chciałabym napisać o tym filmie tak, jak nakręciła go Isabel Coixet i moja niemoc mnie irytuje.

O "Map of the Sounds of Tokyo" przeczytałam u Chihiro i zastanawiam się teraz, czy "Cafe Lumiere" zaspokoi moje oczekiwania, które znacznie wzrosły po filmie pani Coixet. I jeszcze, czy o "Cafe Lumiere" będzie mi się pisało równie niezręcznie. I na koniec, czy kiedy obejrzę inne filmy Isabel Coixet, czy one wszystkie będą mi tak szumiały już zawsze?

6 komentarze:

Chihiro pisze...

Ha! Nie widzialam innych filmow Coixet, wiec nie moge powiedziec, czy one szumia. "Cafe Lumiere" lekko szumi, tak :) Mysle, ze Twoje oczekiwania spelni, choc to film bardzo kontemplacyjny, spokojny. A jak zasmakujesz, to polecam rowniez "Three Women" Hou Hsiao-Hsiena.
Na spotkaniu po filmie "Map of Sounds..." jeden z widzow niezadowolony zarzucil rezyserce, ze powiela stereotypy dotyczace Japonii, ze Japonia, ktora pokazala to kraj widziany oczami turysty, ktory szuka i widzi przede wszystkim "egzotyke" i to, co o Japonii czytal wczesniej, wpasowuje kraj do pewnej szufladki. Mial pretensje, ze bohaterowie mowia schematycznie, stereotypowo i ze generelnie film jest mal subtelny. Coixet odparla, ze ludzie rozmawiaja stereotypowo, powielaja schematyki, banaly, trywialnosci. Zgadzam sie i z rezyserka i z widzem. Stereotypow w filmie pokazano mnostwo, ale w kazdym stereotypie jest ziarnko prawdy (skads ten stereotyp musial sie wziac i utrwalic). Taka Japonia tez istnieje, choc nie jest to oczywiscie jedyny model, ktory kazdy dostrzega. To jak ludzie postrzegaja Japonie zalezy moim zdaniem od ich samych, od tego, czego w niej szukaja...

Matylda_ab pisze...

Nie znam tego filmu i pewnie długo go nie zobaczę. Pamiętam świetny tekst Chihiro o japońskim kinie. I przyznam, że okładka filmu, którą zamieściłaś bardzo mi się podoba. Japonia fascynuje i przeraża jednocześnie.

tamaryszek pisze...

Liritio, ta niemoc jest nie do przeskoczenia. Nie sposób opisać zauroczenia. Przechodzi, gdy sobie człowiek uświadomi, że to są dwie odrębne sprawy: zapisać kilka myśli i utrwalić czar.

Tego filmu Coixet nie znam, nie widziałam również "Elegii" z Penelopą Cruz. Ale lubię ją za "Życie ukryte w słowach" (zakończenie do wymiany) i "Moje życie beze mnie". W obu wystąpiła Sarah Polley i dobrze pamiętam jej twarz, spokojną, stonowaną, prostą i tajemniczą. Niesamowite medium emocji. Fabuły obu tych filmów są takie, że (jeśli dobrze pamiętam) napotykałam na recenzje szukające jakichś konwencjonalnych kluczy (a to trauma wojenna (Bałkany), a to trudna miłość, godzenie się z wyrokiem choroby itp).A to są historie proste, ale i bogate jednocześnie.

Też bym chciała zobaczyć "Map of the Sounds of Tokio". Ale nie mam w zasięgu chyba. Rozejrzę się.
Pozdrawiam
ren

liritio pisze...

Chihiro, skoro "Cafe Lumiere" też szumi, to oglądam :) a ostatnio widziałam jeszcze "A my idziemy" (świetny film, tak jak pisałaś) i w sumie zainteresowałam się reżyserem, Hirokazu Koreedą jego "After life" wydaje się interesujące. A "Three Women" zapisałam, zapewne przyjdzie na nie czas niedługo.
Co do stereotypów w filmie, ja ich nie widzę - tak jak już wspominałam, o Japonii mam bardzo blade pojęcie i nie jestem pewna, czy będę kiedykolwiek umiała dostrzec prawdę i stereotypy. Chyba trzeba tam pojechać - a Japonia to chyba kraj-pułapka, mało kto pozostaje obojętny.
Ale jak zwykle zazdroszczę możliwości w Londynie, tych spotkań z autorami, reżyserami. W Warszawie jest ich zdecydowanie mniej... A jak już są, to z Elisabeth Gilbert, która mnie w ogóle nie interesuje.

Matylda_ab, też uważam plakat filmu za niezwykły i bardzo przyciągający uwagę.
A Japonia na razie wydaje mi się krajem, do którego nie mogłabym się dostosować w żaden sposób.

Tamaryszek, czuję się jakoś upośledzona z tą niemożnością wyrażania wszystkich myśli. Precyzji mi brak.

Coixet wydaje się kręcić ciekawe filmy, do wszystkich robi zdjęcia ten sam facet, ciekawe czy w każdym są aż tak piękne.
Ja się właśnie nastawiałam na seans "Życia ukrytego w słowach", ale skoro zakończenie do wymiany, może jednak "Moje życie beze mnie" będzie lepsze. Chociaż obsada "Elegii" też mnie nęci.
Pozdrawiam :)

peek-a-boo pisze...

film oczywscie nie do zobaczenia w zadnym kinie. Ale przypomnialam sobie o dawno nie uzywanej karcie do wypożyczalni. Tak na marginiesie to ostatnio robilam sobie powtórke z "Alaski" i tam w jednej ze scen pewien bogaty Indianin siedzi sobie we własnej, prywatnej sali kinowej. I sie rozmarzyłam, heh.

liritio pisze...

peek-a-boo, zapomniałam już, kiedy ostatni raz byłam w wypożyczalni... ale to nie dlatego, ze nie pożyczam, C. mnie radośnie wyręcza. I nawet nie przynosi jedynie "Wielkiej rzeźni 1, 2 i 3" :)
Mnie zawsze fascynowało, jak czytałam np. o domu Brada Pitta czy czymś w ten deseń "dwie sale kinowe...". Zastanawiam się, jakiej one są wielkości, bo przecież na 400 osób raczej.

Prześlij komentarz