środa, 16 lutego 2011

"Prawdziwe męstwo", reż. Ethan i Joel Coen.

Od razu się przyznam: myślałam, że to wszystko będzie wyglądało zupełnie inaczej.

Uprzedzam, nie znam się zbytnio na filmach braci Coen, więc zarzuty typu "mało w tym filmie typowego dla braci Coen..." - w miejsce kropek wstawiacie to, czego akurat Wam typowego dla braci Coen brakowało - są dla mnie po prostu niezrozumiałe. Możliwe, że mało w tym filmie typowego dla braci Coen... czegoś. Ale ja nic o tym nie wiem i jakby co, wszystkiego się wyprę :)

A jeszcze mniej znam się na westernach, ile ich w życiu widziałam, zapewne policzę na palcach u rąk... "W samo południe", Gary Cooper i Prawdziwy Amerykański Bohater to zdecydowanie nie mój styl. "Szybcy i martwi", "Kasia Ballou" (Lee Marvin, wiem, nic nie pamiętam), "Siedmiu wspaniałych", "Dobry, zły i brzydki"... Czy "Ned Kelly" to western? Widzicie, ubogo.
Także przytyki odnośnie gatunku również nie przyjdą z mojej strony - dla mnie to jest czarna magia, dobry western, zły western, wtórności gatunku, itd., itp., a skąd ja mam wiedzieć?

Oczywiście prawidłowym wnioskiem z powyższego wstępu będzie: "oho, Liritio się podobało" - owszem, podobało się.

Mimo tego, że faceci ganiający się wśród piachu z coltem u boku to nie moja bajka. Mimo tego, że ogólnie rzecz biorąc nie lubię braci Coen. I mimo tego, że szczerze i coraz bardziej nie znoszę Jeffa Bridgesa - jak pisałam komentując zwiastun - to niepojęte, ale "Prawdziwe męstwo" naprawdę obejrzałam z przyjemnością. Dużą.
I teraz nieszczęśliwi fani westernów wracają do wersji oryginalnej, która według znawców gatunku była lepsza. Fani braci Coen nie wiem czy są nieszczęśliwi, mogą więc robić, co sobie życzą.
A ja zaczynam krótkie podsumowanie bardzo długiego wstępu (dzisiejszy wpis składa się ze wstępu i zakończenia, środka brak).

Dialogi! Poezja. Nieprzesadzone, stonowane, powściągliwe - jak na twardzieli z Dzikiego Zachodu przystało. Do tego trzymanie się rzeczywistości: stoimy twardo na ziemi, rzucamy cięte riposty, prosto komentujemy skomplikowany świat, to co lubię najbardziej.
Hailee Steinfeld, faktycznie dobra. Świetna. Podobnie jak reszta obsady, Matt Damon mnie odrobinę zaszokował, ten człowiek ma talent! Sama bym na to nie wpadła... ale to dobrze, bo ostatnio wszędzie go widzę.
Josha Brolina uwielbiam, jest czarujący nawet w roli jękliwego bandyty, który cierpi na małą paranoję. A Bridges... Ja wiem, że to jest aktor pierwszej klasy. I wiem, że Wy wiecie, i Wy wiecie, że ja wiem, że Wy wiecie... Tak, na tym skończmy.

Ale, żeby nie było niedomówień, ja film pokochałam ze względu na dialogi. Uśmiałam się jak norka, a dzisiaj było mi to bardzo potrzebne. I chociaż nie wystawiłabym "Prawdziwemu męstwu" etykietki "komedia", walor wzbudzanego śmiechu był tym głównym.
Nie zrozumcie mnie źle, zauważyłam część westernową, dramatyczną, wszystko wiem. Ale rozmowy złożone z tak idealnych zdań, ajajaj, chciałabym cytować, ale nie ma jak. Humor sytuacyjny (czarny głównie), nie do zacytowania.

Co do nominacji oscarowych... O tym kiedy indziej. Albo wcale.
A "Prawdziwe męstwo" dołącza do "To nie jest kraj dla starych ludzi" i "Bracie, gdzie jesteś?", tworząc tym samym tercet egzotyczny: filmy Coenów, które Liritio będzie oglądała jeszcze wiele razy.

5 komentarze:

tamaryszek pisze...

Dorzuć jeszcze "Człowieka, którego nie było" ... Bracia Coehen... Nie można ich wykluczyć z żadnej top listy ulubionych.

Dopiszę coś, gdy obejrzę. Mam teraz urwanie głowy albo -jako tamaryszek- gałęzi...

Jest środek: to, co piszesz o dialogach, to właśnie środeczek, pępek całości.
Zima! A miało nie być!
ren

Maya pisze...

Czytając Twoją recenzję, miałam wrażenie jakbyś wyjęła z mojej głowy te wszystkie zdania. Miałam dokładnie takie same odczucia i spostrzeżenia po obejrzeniu tego filmu :).

Peckinpah pisze...

Zauważyłem, że film podoba się głównie tym, którzy nie lubią westernów oraz nie lubią Coenów.
Wiem, że Coenowie pewnie sobie nie życzą aby ich film uważany był za remake - dla nich jest to nowa adaptacja powieści, ale ja nie potrafię ocenić tego filmu inaczej niż jako remake, gdyż przez cały czas oglądania filmu miałem wrażenie deja vu. Największa różnica, jaką zauważyłem to Bridges miał opaskę na innym oku niż Wayne :)
Dialogi dobre, ale w starej wersji jeszcze lepsze, aktorstwo Bridgesa i reszty bardzo dobre, ale Wayne w roli Cogburna jeszcze lepszy (w pełni zasłużony Oscar), zdjęcia Deakinsa mnie nie zachwyciły, a zdjęcia Luciena Ballarda były piękne i malownicze, muzyka Burwella przeciętna, a muzyka Elmera Bernsteina znakomita, szczególnie do piosenki tytułowej w wykonaniu Glena Campbella. Pod każdym względem remake "True Grit" przegrywa zarówno z filmem Hathawaya jak i nawet z remake'em "3:10 to Yuma".
Rozumiem, że film Coenów może się podobać, jest mroczniejszy i bardziej pesymistyczny oraz sprawia, że niektórzy dla porównania mogą sięgnąć po klasykę. Dlatego remake'i są potrzebne, bo pokazują, że z takiego samego materiału literackiego można zrobić film nieco inny (choć podobny), bliższy współczesnym widzom, choć o podobnej wymowie.

liritio pisze...

Tamaryszku, nie widziałam "Człowieka, którego nie było", jest szansa, że kiedyś nadrobię.
Środek o dialogach? Chyba jednak nie - ostatnio zauważam u siebie niebezpieczną tendencję zatracania się w dygresjach. A clou sprawy ucieka przede mną jak ten Marcowy Zając.

Za zimę przepraszam :) wiem, że miało nie być.
Tamaryszku, nie urywaj sobie gałęzi! Miałaś być kwiatem lotosu, pamiętaj :)


Mayu, najwyraźniej podzielam opinię wielu osób. Nie wiem czy to dobrze, może powinnam poszukiwać oryginalności :)

liritio pisze...

Peckinpah, "Zauważyłem, że film podoba się głównie tym, którzy nie lubią westernów oraz nie lubią Coenów." - nie umiem zdecydować, czy to źle świadczy o tym filmie, czy nie :)
Dialogi jeszcze lepsze w oryginale? To może i mnie podobał by się bardziej... Nie, pewnie jednak nie.

Remake filmu to kwestia sporna dla mnie samej, z jednej strony nie cierpię dobijania dobrych filmów miernymi zastępcami. To jakby uwłaczające (o ile można uwłaczać filmowi :), zastąpienie świetnego tekturową kopią, bo się zestarzało.
Ale co jakiś czas trafia się perełka... A nie da się ukryć, powtarzalność tematów filmowych jest spora od samego początku kina. Także nie wiem.

Podobny problem mam z amerykańskimi wersjami filmów, niby jestem na nie, ale potem przypominam sobie "The Ring" i obalam sama swój punkt widzenia.

Prześlij komentarz