wtorek, 6 listopada 2012

"Nie mów noc", Amos Oz

"Raz uniosła gwałtownie głowę znad zeszytów i powiedziała w skupieniu, bez uśmiechu: Lubisz osądzać innych. Mnie jeszcze nie osądzaj."
Amos Oz, "Nie mów noc", Wyd. Czytelnik, Warszawa, 2009r., str.150.


Od tej 150 strony, od "mnie jeszcze nie osądzaj" się zaczęło, właściwie powróciło, powracało, krążyło. Była adnotacja gdzieś w tyle zaganianej głowy, że chciałabym to zapamiętać, to konkretne zdanie, sens, wymowę, tę scenę, atmosferę, całą tę historię. Wróciłam więc do "Nie mów noc", do zapylonego Tel Kedar wybudowanego na samym końcu drogi, na skraju pustyni. Wróciłam, starając się uważniej czytać pełne szczegółów zdania, może więcej wchłonąć, może więcej zrozumieć.

Amos Oz potrafi rzeczywistość słowami zakląć w nasycony, kompletny obraz, w który prawie da się wejść, poczuć. Przywoła kurz, ciszę przerywaną odgłosami usypiającego miasta, sztuczne, brzydkie światło w przejeżdżającym tramwaju, szpakowatego Teo na balkonie, kiedy spędza bezsenne noce wpatrzony w ciemną pustynię.
Ile "Nie mów noc" ma warstw, ile delikatnych zarysów, ile emocji w tak krótkiej opowieści! To już jest inna klasa, inne pisanie, przy którym można się na długo zatrzymać, ładnie ukłonić i milczeć.

Powolna siatka powiązań i emocji oplata prosto zdefiniowany katalizator zmian: Immanuel Orvieto, uczeń miejscowej szkoły, umiera po przedawkowaniu narkotyków, a jego ojciec, afrykański handlarz bronią, postanawia uczcić pamięć syna fundując w Tel Kedar ośrodek odwykowy dla młodych narkomanów. A Noa ma być główną wykonawczynią projektu.

Noa i Teo nie są parą młodych ludzi. On, sześćdziesięciolatek, już spokojny, pogodzony z tym, że jakiś człowiek przed laty zatrzymał jego ideę, zabrał realizację długo pielęgnowanych marzeń, pogodzony z uśpieniem i z bezsennością. Noa jest młodsza, może stąd ten nagły zryw, upór w dążeniu do celu, który ma małe szanse powodzenia. A może to po prostu kwestia dwóch różnych charakterów.
"Nie jesteś na moim miejscu, Teo, powiedziałam.
Teo powiedział: Tak. Nie.
Tak i nie?
Chciałem powiedzieć: tak, Noa, nie jestem na twoim miejscu.
Pewna dziewczyna, dzieciak jeszcze, powiedziała mi dzisiaj, że nikt nie może nic wiedzieć o innym człowieku.
Wiedzieć. Tylko co znaczy wiedzieć.
Woda się zagotowała. Napijmy się jeszcze herbaty. Wiedzieć to wyjść poza siebie. Przynajmniej spróbować. Czasami.
Pamiętasz, kiedyś, w Caracas, powiedziałaś mi coś takiego, para nauczycieli, ciągle się pouczamy wzajemnie i jeszcze powiedziałaś: niełatwo, ale nie nudno. Tak powiedziałaś, Noa. Jednak są takie chwile, kiedy jestem na twoim miejscu i chcę, żebyś była na moim."
Amos Oz, "Nie mów noc", Wyd. Czytelnik, Warszawa, 2009r., str.198.
A samo Tel Kedar, względnie młode miasto, bez historii, bez pomieszanych stylów architektonicznych, bez dziur po kulach. Małe, ale rozwijające się, chyba robi wrażenie, chyba można je polubić, chociaż wcześniej można uschnąć z nudów.
Albo można wiele dostrzec, najpierw ślepego Lupę, który karmi gołębie na ławce i ciągle przypadkowo potrąca i przeprasza swojego psa.
Budowanie Tel Kedar to może budowanie Izraela, w książkach Oza nierozerwalnie czyta się o bohaterach i o charakterystycznym klimacie sztucznego państwa na pustyni, którego granice bez przerwy trzeba wydzierać i chronić.

Wreszcie cała przeszłość, jak to u Oza, przeszłości jest sporo. Wspomnienia Teo i Noi, pomieszane, napisane na zmianę, jak to inaczej jest, kiedy jedno i drugie opowie jak było, zderzą się bolączki obojga.
"Był z nami beduiński tropiciel, zgorzkniały i małomówny, niemłody, chodził w strzępach munduru brytyjskiej straży granicznej i umiał odczytać ślady nawet na skalnym podłożu(...) Nigdy nie dawaliśmy mu broni, może dlatego, że zawsze czuwał, gdy inni spali. Kiedy wszyscy byliśmy na nogach i z dreszczykiem emocji zajeżdżaliśmy dżipy w pościgach, hałasowaliśmy wśród ścian wadi, ściągaliśmy na siebie burzę przeciągłych grzmiących ech, odbijających wśród skał przeszywające serie z karabinu maszynowego, właśnie wtedy zwykle się wyłączał i drzemał na siedząco z półprzymkniętymi oczami na tylnej platformie brudnego dżipa, wcisnąwszy podbródek między kolana i czekał, aż powróci cisza i świat okryje zasłona szarego pyłu. Gdy zapadała cisza budził się bez najmniejszego szmeru i boso, ze zgiętym karkiem, nachylony tak nisko, jakby chciał zlizać kurz z ziemi, wymykał się i oddalał od nas, żeby samotnie obwąchać wylot jaskini albo dół, których my nigdy byśmy nie zauważyli, choćbyśmy przeszli tuż obok. Na imię miał Aatef, ale za plecami nazywaliśmy go Laila, czyli noc, bo w nocy widział tak jasno, jakby był dzieckiem ciemności. Uważaliśmy jednak, żeby przy nim nie wymawiać nigdy tego przydomka, bo pamiętaliśmy, że po arabsku jest to imię kobiece."
Amos Oz, "Nie mów noc", Wyd. Czytelnik, Warszawa, 2009r., str.159-160.
Amos Oz pisze jednocześnie pięknie i rzeczowo, rzadkość. A "Nie mów noc" jest książką bardzo plastyczną. Pył z kamieniołomów, suchy, tępy piach i równe na krzyż ulice, Tel Kedar zagnieździło się we mnie na dobre.

0 komentarze:

Publikowanie komentarza