środa, 12 grudnia 2012

"Druga prawda", reż. Barbet Schroeder.

Pisząc o tym filmie należałoby zauważyć małe rozdroże.

Z jednej strony dostajemy podstępną treść, niezły galimatias interpretacyjny dla widza, który od powściągliwego początku do otwartego końca nie dostaje znikąd pomocy. Tutaj można się zastanawiać nad wielostronną naturą człowieka, nad niemożliwą obiektywnością stron, nad znaczeniem prawdy.
Z drugiej wykonanie, powiedziałabym, nie do końca zadowalające. Ale o tym później.

Zaczyna się od sprawy kryminalnej: mąż skazany za podwójną próbę zabójstwa żony. Włos na głowie się jeży, kiedy Jeremy Irons niewzruszonym głosem stwierdza "nie zrobiłem tego". Piękny akcent, nieruchoma twarz... Oczywiście mu nie wierzymy, oczywiście, że jest winny. Oczywiście?
Każdy wie, że nic nie jest czarno białe, ale jednak faktyczna wersja wydarzeń jest niepodważalna, interpretować możemy jedynie pobudki. Schody zaczynają się gdy faktycznej wersji brak. "Druga prawda" jest filmem o tyle wciągającym, że chcemy wiedzieć, jak to było. Dlaczego, kto, kiedy... Czy rzeczywiście Klaus von Bulow próbował zamordować swoją żonę.

A potem jest o tyle jeszcze bardziej wciągającym filmem, że prawda chyba przestaje się aż tak liczyć. Jak więc jest, drążenie do gołych faktów czy dialog o pobudkach i moralności?
Pod względem akcji nie mam zastrzeżeń, byłam prawie zafascynowana dobitnym przekazem, że wszystko zależy od punktu widzenia.

Tutaj docieramy do drugiej strony, obsada.
Oscarowa rola Ironsa to największy atut i przekleństwo tego filmu, kiedy dorównuje mu jedynie partnerująca na pierwszym planie Glenn Close i jeszcze obsadzona w znacznie mniejszej roli Christine Baranski (znacie ją z "Mamma Mia!").

Niestety reszta zawodzi. Rudawy Ron Silver w roli adwokata, który musi stoczyć niemały pojedynek ze swoją niepewnością i konsekwencjami, nazwijmy je moralnymi, obrony człowieka, który został już skazany na trzydzieści pięć lat więzienia za zbrodnię mocno perfidną. Głosem moralności (i niemoralności) chyba miały być opinie jego małych pomocników, znaczy studentów i aplikantów z którymi pracuje nad sprawą. Jednak wszelkie dialogi na ten temat wychodziły obsadzie drugoplanowej beznadziejnie i sztywno, bardziej przypominając film instruktażowy bhp niż prawniczy dramat.

Jeszcze w scenach z Ironsem rozdźwięk nie był aż tak istotny, jego tło po prosu ginęło, przestawało mieć znaczenie, a sam Silver grając z Ironsem jakoś dawał radę. Ale w momencie, kiedy musiał udźwignąć całą scenę, kiedy Ironsa brakowało, wyłaziło na wierzch całe jego niedopasowanie do tej złożonej roli, z której zrobił postać zdecydowanie bliższą szkolnemu trenerowi koszykówki niż przebiegłemu prawnikowi.

Niemniej jednak, mimo sporego marnotrawstwa na drugim planie, który mógł składać się z ciekawych postaci, ale większości to się nie udało, film pozostaje wciągający, a duet Glenn Close i Jeremy'ego Ironsa grających schodkowy rozpad małżeństwa warto zobaczyć. Od miłości do tragedii, ale na zimno, nie na darmo to właśnie Irons gra rolę główną.

4 komentarze:

Logos Amicus pisze...

Film ma ponad 20 lat. Oglądałem go w roku jego ukazania się na ekranach. Utkwił mi w głowie do dzisiaj.
Glen Close zagrała swego czasu kilka świetnych ról. Skoro wracasz do filmów z tamtej epoki, to polecam Ci "Niebezpieczne związki" (jeśli tego jeszcze nie widziałaś - ale chyba widziałaś, bo przecież znasz Frearsa).

BTW nie wiem czy znasz to:

http://www.youtube.com/watch?v=_GA1vZSvDA0

Mariusz pisze...

Film znany jest także pod polskim tytułem "Odmiana losu". Nie oglądałem go jednak, z filmów Barbeta Schroedera najbardziej zapadł mi w pamięć niezły thriller "Sublokatorka" z Jennifer Jason Leigh. Jeremy'ego Ironsa nie widziałem jeszcze w takiej roli, po której mógłbym stwierdzić, że to aktor wybitny. A Glenn Close z pewnością jest wybitną aktorką, najbardziej ją pamiętam z wyrazistej kreacji w "Fatalnym zauroczeniu", ostatnio pokazała swój kunszt w serialu "Układy". Ten serial przerwałem w połowie trzeciego sezonu, przestał mi się już podobać i nawet świetna obsada (Glenn Close i Rose Byrne) nie była mnie w stanie przykuć do ekranu na dłużej niż 30 odcinków (ale pierwsze dwa sezony mogę polecić, są intrygujące) :D

liritio pisze...

Logosie, jak miło :)
Glenn Close nie tylko swego czasu zagrała świetne role, mam wrażenie, że nadal jej się to zdarza. Chociaż zmieniła nieco repertuar, szczególnie rola w serialu (swoją drogą fantastyczna) odstaje od filmografii złożonej z kinowych dramatów.
Od "Niebezpiecznych związków" moja Frearsomania się zaczęła :), gdzieś na blogu nawet o filmie napisałam... o tu:
http://liritio.blogspot.com/2010/03/niebezpieczne-zwiazki-rez-stephen.html
Postać Dereschowitza i cała sprawa von Bulowa jest mi znana jedynie z tego filmu... Jakbym musiała zdecydować, pewnie bym skłaniała się ku raczej wątpliwym motywom i Dereschowitza i von Bulowa. Ale na szczęście nie muszę się skłaniać z żadną stronę.

liritio pisze...

Mariusz, "Jeremy'ego Ironsa nie widziałem jeszcze w takiej roli, po której mógłbym stwierdzić, że to aktor wybitny." Aaaale jak to? :) nie, tak naprawdę rozumiem, różnie się aktorów docenia i nie. Podobno w "Borgiach" jest świetny, tego nie wiem, ale dla doceniania kunsztu Ironsa polecam oczywiście "Lolitę". Również drobne, ale wyraziste role ostatnich lat, które zapadły mi w pamięć to w "Chciwości" i "Kupcu weneckim" z Alem Pacino. A Chihiro, która Ironsa lubi, z tego co pamiętam, chyba kiedyś polecała mi jeszcze "Piano Bar".

Schroedera widziałam kilka filmów, z których jedynie "Druga prawda" była dobra. "Sublokatorki" nie znam. Za to jego "Ćma barowa" z Rourkiem mnie interesuje, jakoś zbieram się i zbieram, i ciągle nie oglądam.

I jeszcze "Układy"... Może tak, obejrzałam cztery sezony, z których trzeci był rzeczywiście najsłabszy, wręcz nudny. Ale czwarty! Ha, czwartym sezonem serial zdecydowanie wrócił do formy, chociaż schemat jest podobny, ale i tak mogę Ci szczerze polecić kontynuację. A piątego niestety ciągle nie widziałam, nie mam czasu na to wszystko. Pamiętam, że od sezonu pierwszego nie mogłam się oderwać, jak włączyłam płytę z serialem, w dwa dni obejrzałam całość, po prostu musiałam znać rozwiązanie. Genialny sezon pierwszy.
Natomiast Glenn Close jest świetna i jeszcze nie widziałam jej w roli, w której nie bałabym się jej choć trochę.

Prześlij komentarz