środa, 13 marca 2013

"Daddy Long Legs", reż. Jean Negulesco.

Widzicie, z filmami kwestia jest jedna, ich odbiór to nasz prywatny odbiór (właściwie z całym życiem taka właśnie jest kwestia, ale w filozofię nie wchodźmy), stąd niewiele znaczące filmidło typu "Daddy Long Legs" może stać się znaczącym filmem - znaczącym w sensie wrażeń, niekoniecznie treści jako takiej.
I tutaj zaczyna się Liritio, bo i "Tajemniczy opiekun", Fred Astaire i "Something's Gotta Give"...
Co nie zmienia przykrej prawdy, że jeśli chodzi o musicale, Negulesco czy Astaire'a, "Daddy Long Legs" nie jest szczytowym osiągnięciem w żadnej z kategorii.

Pewien amerykański milioner wybiera się do Francji (po co? nieistotne), w czarująco komicznej scenie zatapiania samochodu w błocie trafia w poszukiwaniu telefonu do prowincjonalnego sierocińca. I bam! Przez okno widzi sierotkę (Leslie Caron), coś go zauroczy, coś przyciągnie uwagę, sierotka otrzymuje stypendium, trafia do amerykańskiej szkoły i staje się wyedukowaną panienką. W tzw. międzyczasie pisuje listy do "Tatuńcia Pająka", Johna Smitha, jednocześnie w realu poznając pana Pendletona (Fred Astaire), wujka swojej współlokatorki. Trochę razem tańczą, pampampam, film się toczy...

Problem jest codzienny, ale poważny: starszy, bardzo wdzięczny Astaire, jak by się nie starał, nie jest w stanie wykrzesać śladowej chemii z Leslie Caron. Jej nie znam zbytnio (filmowo), jego owszem, nie wiem czy to kwestia z jej strony, czy zwyczajnie nie zagrało, w starszym Hollywood chyba nawet bardziej niż obecnie zestawiano nazwiska nie "chemię". Tak oto otrzymujemy Freda Astaire'a i Leslie Caron , a jeśli chodzi o elementy fabularne, ta dwójka pasuje do siebie jak pięść do nosa. Chyba że tańczą, wtedy wszystko gra, tańczą ślicznie oboje.

Sama fabuła również jest problematyczna, z całkiem przyzwoitej książki (jednej z tych zaczytanych przez Liritio) wyrwano myśl niekoniecznie nawet przewodnią, raczej rozpoczynającą, i zamieniono w film bez polotu i ducha. Dlaczego z ładnej książki dla młodzieży, która tyczy się głównie dorastania, młodzieńczego optymizmu i zderzenia z zupełnie nieznanym światem, zrobiono wątły romans, w którym akcja może i trzyma się kupy, ale brak jej jakiejkolwiek iskry? Pozostaje to niewiadomą. Chociaż wierzcie mi, obsada robi co może. Szczególnie Thelma Ritter i Fred Clark (znacie oboje, najwyżej o tym nie wiecie), czyli Griggs i panna Pritchard (on jest obowiązkowym księgowym pana Pendletona, ona nieco emocjonalną sekretarką), stworzyli w małych scenach idealny efekt komediowy, ich złośliwe dialogi są tak naprawdę najlepszym motywem "Daddy Long Legs".


A jednak, czego bym o "Daddy Long Legs" nie wypisywała, byłam całkiem zadowolona z tego filmu. Ponownie, to już Liritio...
"Tajemniczy opiekun" Jean Webster byłby zapewne jedną z książek, których nie dałabym sobie odebrać. Jest coś tak miłego, wdzięcznego i pozytywnie realistycznego w zbiorze listów Agi do Tatuńcia Pająka. Jakkolwiek film jest brutalny wobec fabuły, której tytuł zapożycza, przynajmniej miło jest ów tytuł zobaczyć z Astairem i Caron w obsadzie. Jak ciekawostkę, coś nowego, kiedy książkę przeczytałam już naście razy wzdłuż i wszerz... Przy tym, może przez musicalową otoczkę, może przez sympatycznego Astaire'a, nie drażni mnie słabość tej adaptacji (a np. wszelakie ekranizacje "Wichrowych Wzgórz" przyprawiają mnie o białą gorączkę).

I Fred Astaire, którego lubię, publicznie uparcie twierdząc co innego. Ale nie oszukam samej siebie, nawet na wyrost stwierdzając że jego pląsy mnie nudzą. Wystarczy włączyć mi jakikolwiek film z tańczącym Astairem i zapomnę o Waszej obecności w pokoju.
Może ta niespójność wynika z pewnego rozdrażnienia? Czy to skojarzeniem pierwszym, którym niezmiennie jest "Funny Face" z Audrey Hepburn, a która wydała mi się filmem słabiutkim i co gorsza nudnym. Czy to pewnym ugrzecznieniem i poprawnością niezmiennie towarzyszącym filmom Astaire'a... Sama nie wiem, coś tam tkwi na dnie oka, coś mi przeszkadza. Ale potem widzę Astaire'a kręcącego się w hotelowym korytarzu i naprawdę jest pięknie.


A jeszcze wspaniałe "Something's Gotta Give"! W filmie dziesięciominutowa scena taneczna, przetykana Astairem śpiewającym jedną z ładniejszych (w skali Liritio, która jest skalą skrzywioną przekornym charakterem autorki) piosenek, jakie dane mu było zaśpiewać. Dziesięć minut musicalu Wam daruję, szukajcie sami wedle uznania. Ale Sammy Davis Jr Astaire'owej wersji się ukłonił i prawie równie pięknie odśpiewał.
O dziwo wersja Sinatry mnie nie wzrusza, o damskich nie wspominam.
Liritio uwielbia tę piosenkę, tak samo jak uwielbia Moon River i Strangers in the Night. Czego tu nie uwielbiać?
"When an irresistible force such as you, meets an old immovable object like me..." Śliczne.

Something's Gotta Give, Sammy Davis Jr

2 komentarze:

Izabela D pisze...

Bardzo zainteresowałaś mnie tą recenzją bo baaardzo lubię te stare, nieco naiwne ale przeurocze musicale, a ten zupełnie mi jakoś umknął!

liritio pisze...

Był chyba bardzo mało znany, jak napisałam, mimo wielu elementów, które mnie się podobają, nie jest to najlepszy film. Ale ma takie układy taneczne, że nic tylko się zachwycać :)

Prześlij komentarz