wtorek, 14 grudnia 2010

"Social Network", reż. David Fincher.

Coroczne Oscary - nagroda może bardziej kojarząca się z wielkim wydarzeniem, niż faktycznie nadal tak istotna, niemniej jednak ja po latach ciągle mam sentyment do owej przydługiej imprezy w Kodak Theatre. W tym roku, na szczęście, potencjalni zwycięzcy wydają się ciekawsi, niż rok temu - chociaż i tak nie spodziewam się fajerwerków.

"Social Network", ostatni film Davida Finchera, wychwalony wszem i wobec, jest tegorocznym faworytem najważniejszych nagród - film i reżyseria. Z całego serca życzę Fincherowi tego Oscara, według mnie facet jest bezbłędny od samego początku, chociaż nie uważam wcale większości jego filmów za oscarowe dzieła. Ale tak czy inaczej, jego wygrana ucieszyłaby mnie (i nie tylko mnie, zapewne morze fanów już ostrzy sobie zęby na ewentualnego konkurenta).

Po nieudanym (chociaż nie napisałbym "złym", ale w mojej opinii zdecydowanie słabszym, niż inne jego filmy) "Ciekawym przypadku Benjamina Buttona", który ciągnął się jak długi i na dodatek rozgotowany makaron, "Social Network" to trochę jakby powrót do starej formy i winda na sam szczyt. W tym filmie po prostu nie ma się do czego przyczepić, a przecież czepliwa potrafię być okrutnie.

Ale nie tym razem, quasi biograficzna opowieść o młodym twórcy Facebooka jest idealnie wyważona, dopracowana, żaden element nie zawodzi. A przecież chociażby stosunkowo młoda i nie do końca sprawdzona obsada mogłaby ukręcić główkę tej kurce, która zapewne przyniesie deszcz nagród.
Szczególnie naprawdę brawurowy duet Eisenberg i Garfield zasługuje na owację na stojąco. Panowie raczej mi nieznani wcześniej, wcielili się w rolę najlepszych przyjaciół i największych wrogów, Zuckerberga i Saverina. Siedziałabym w kinie oniemiała, gdyby nie to, że wolałam skupić się na filmie i oniemieć trochę później.
Kolejne zaskoczenie, Justin Timberlake. Nie spodziewałam się, że facet, który kojarzy mi się raczej z podskakiwaniem na scenie w rytmie "Sexy Back", odegra rolę Seana Parkera aż tak... dobrze. Dojrzale. Dobrze. Czy już wspominałam, że dobrze?

Chociaż wyszłam z kina raczej przygnębiona seansem, to tylko potwierdza kunszt "Social Network". Atmosfera balansuje pomiędzy filmem dokumentalnym a dramatem w najdramatyczniejszym tego słowa znaczeniu. Momenty, w których parskałam śmiechem tylko pogłębiały smutek na koniec, kiedy okazało się, że Fincher nawet nie spróbuje zrobić ze swojej złotej kury ckliwego dzieła o sile przyjaźni. Świetna decyzja - smutny film.

I tempo, rytm "Social Network" - wszystko współgra ze sobą i toczy się naprzód jakby w takt niesłyszalnego cykania, które zwalnia i przyspiesza, ale nie znika. Brakowało mi tego rytmu, tego napięcia w historyjce o Benjaminie Buttonie. A posłuchajcie chociażby stylu mówienia filmowego Zuckerberga, jakby każdym zdaniem coraz bardziej się rozpędzał, jakby słyszał nieubłagany takt w tle.

Ile prawdy jest w "Social Network"? A co za różnica. Tak czy inaczej zadziwiające jest to, że taka wirtualna machina, jaką jest Facebook, takie ogromne pieniądze, to wszystko zaczęło się aż tak niewinnie...
Jest dramatycznie, jak jazda cyrkową kolejką. Jest mrocznie, czasem jest zabawnie, a na sam koniec jest tak strasznie smutno.
Czy to tylko ja aż tak przygnębiona byłam przez "Social Network"? Bo zachwycony jest cały tłum.

12 komentarze:

E.milia pisze...

O widzisz, dopiero po Twoim opisie zachciało mi się oglądnąć ten film. Wcześniej się opierałam, chociaż mój ukochany mnie namawiał, bo sam właściwie powinien to zobaczyć, chociażby ze względów zawodowych (branża internetowa). Jakoś jednak nie wydawało mi się to zachęcające, jednak zaintrygował mnie ten straszny końcowy smutek, o którym piszesz. Bo faktycznie, tłumy są raczej zachwycone i nigdzie nie słyszałam, żeby ktoś określił ten film jako dramatyczny czy przygnębiający. Oto powód, by samemu się przekonać, jakie na mnie wywrze wrażenie.

Amicus pisze...

Przez te moje rozjazdy jeszcze nie zdążyłem tego filmu obejrzeć, ale na pewno to zrobię.
Mam jeszcze w najbliższych planach "Black Swan".
Natomiast wczoraj obejrzałem "127 Hours" Danny'ego Boyla (na pewno wiesz: reżysera "Slumdog.." i "Trainspotting")
Film niezwykły, spodobał mi się nad wyraz.
Polecam, myślę że nie przyjmiesz go obojętnie, choć... kto to tam wie :)

A o "Social Network" chciałbym zamienić z Tobą psłów parę słów... ale dopiero jak sam będę miał coś do powiedzenia :)

Pozdrawiam

Logos Amicus pisze...

słów parę... hm...

liritio pisze...

E.milia, o rany, tylko jakby co nie poczuwam się do odpowiedzialności, że coś poszło nie tak :) w sensie jak jednak się nie spodoba.
Natomiast zafascynowało mnie, jak w takim razie "tłumy" określają ten film, jako komedię? Bo przeczytałam na filmwebie komentarz, że ktoś się strasznie uśmiał i, eee, no chyba widziałam inny film :)

Logosie, najpierw do tego, co pisałeś dwa posty temu, ale uznałam, że daruję sobie rozdzielanie komentarza na dwa miejsca.
Karaiby!! Wiesz, to jedno z tych miejsc, które są dla mnie natychmiastowym wyobrażeniem lazurowego raju i na razie nie widzę opcji, że kiedyś się na owych Karaibach zjawię... Ale fakt, Ty masz odrobinkę bliżej :)
A że Wam też w Chicago jest zimno niespecjalnie mnie pociesza, wolałabym, żeby chociaż jednemu z nas było ciepło, więc może po prostu wróć na te Karaiby :)

I teraz do dzisiejszego, psłów zamienię ile zechcesz :) poczekam, aż przyjdzie ten moment, kiedy już będziesz po seansie, pełen wrażeń i w ogóle :)
"Black Swan" nie mogę doczekać się i ja, chociaż męczę się strasznie oglądając takie cuda.
Natomiast "127 Hours" ma polską premierę dopiero w lutym, także poczekam trochę... James Franco (patrząc na zwiastun) wydaje się, że przyszalał w tym filmie.

Logos Amicus pisze...

"...które są dla mnie natychmiastowym wyobrażeniem lazurowego raju"

A propos tego "raju" coś tam sobie napisałem, może się zmobilizuję, aby zamieścić to - prędzej czy później - na blogu.

"...więc może po prostu wróć na te Karaiby"

Do Chicago wpadłem właściwie tylko na chwilę... :)

Marigolden pisze...

Nie obejrzałam, a teraz żałuję - Twoja recenzja jest pierwszą, która przekonuje mnie, że warto i że szkoda. (Chyba rzeczywiście widziałaś inny film niż pozostali widzowie;)). No nic, poczekam na DVD.

liritio pisze...

Logosie, wcale nie jestem zazdrosna o Karaiby, wcale nie jestem zazdrosna o Karaiby... i tak powtórzę sobie trzysta razy, a potem przytulę się do kaloryfera.
Miłych wizyt w ciepłych miejscach Ci życzę :) rób może zdjęcia...

Marigolden, nie rozumiem, to co o tym filmie opowiadają inni widzowie? Że to komedia romantyczna czy familijne fantasy?
W każdym razie polecam seans także na DVD, to naprawdę jeden z lepszych filmów 2010 roku.

tamaryszek pisze...

Chyba przed Świętami nie dam rady. Czaiłam się na ten weekend (i wstrzymywałam z komentarzem), ale u mnie nie ma tego w repertuarze kin.

Tytuł, po Twojej recenzji, obowiązkowy.
Poza tym muszę sobie przemyśleć: czy jeśli nie ma mnie na Facebooku, to nie istnieję?

Pozdrawiam
ren

liritio pisze...

Tamaryszku, kina są źle urządzone na tym świecie, żeby "Social Network" nie było, ale "Pottera" na pewno puszczają nawet na prześcieradle. Szkoda, może niedługo będziesz miała jakąś okazję?

Że tytuł obowiązkowy, cieszę się bardzo, tylko zaczyna mnie martwić rozbieżność między moim spojrzeniem na ten film, a innymi opiniami, może ja jednak mam jakąś wadę wzroku?

Jeśli nie ma Cię na Facebooku, zdecydowanie bliższa jesteś nieistnienia w wirtualnym świecie - a patrząc na chociażby "Matrixa" nie traktowałabym tego jako niedogodność :)

Logos Amicus pisze...

A o Hawaje bylabys zazdrosna? :)

Serdecznosci z daleka sle...

PS. I przepraszam, ze znow nie na temat ;)

PS. Ja tak pisze tylko z... sympatii :) )
Tak pomyslalem o Tobie ...

liritio pisze...

Logosie, Hawaje? Nie sądziłam, że ktokolwiek naprawdę tam trafia :) ale skoro Ci się już udało dotrzeć na Hawaje (na Hawaje... nieee, niemożliwe, żeby ludzie naprawdę jeździli na Hawaje ;) - siedź w słońcu i pij drinki z kokosa czy co tam się robi.
A ja wrócę ponownie do kaloryfera.

Serdeczności umilają mi życie, dziękuję, nawet te z Hawajów :) pisanie z sympatii jest więc jak najbardziej wskazane.

Logos Amicus pisze...

Boże... po co się ja tu tak wygłupiałem :)

(Jeszcze sobie coś złego o mnie pomyślisz ;) )

A "Social Network"? No, no...

Prześlij komentarz