niedziela, 28 listopada 2010

"Kobiety z Czerwonych Bagien", Grażyna Jeromin - Gałuszka.

Uwaga/Attention/Achtung/Attenzione: pociąg relacji Kalejdoskop - Czerwone Bagno nie zatrzymuje się na żadnej stacji. W razie nieodpartej chęci ucieczki przed nie mającym końca marudzeniem autorki niniejszego wpisu sugerowane jest skakanie przez okno. Miłej podróży życzy Kalejdoskopowa Kolej Literacka. Za utrudnienia przepraszamy.

A teraz już bez żartów, para buch, koła w ruch, zniesmaczyłam się bagnami - co w tym dziwnego, bagna same w sobie już są mało przyjemnym zjawiskiem, a co dopiero, jak do takich bagien dodać jeszcze kiepską książkę.
Możliwe, że nie powinnam dzisiaj pisać tej recenzji, jako że wyjątkowo zły humor nakręca mnie do rozjechania doszczętnie "Kobiet z Czerwonych Bagien", ale postaram się o hamulec bezpieczeństwa i może nie przesadzę (w końcu, co to za kolej bez hamulca bezpieczeństwa?).

Problem numer jeden na trasie - nic nowego. A co gorsza, nic ciekawego. Rodzina pełna "niezwykłych" kobiet, z których każda napotyka na swej drodze tego jedynego i niezmiennie wielka miłość się dzieje, ale niestety na Czerwonych Bagnach żaden mężczyzna nie zostanie, co jest obsesyjnie w dialogach powtarzane (nie zostanie, bo nie, klątwa taka może?). Tylko nie pojęłam w trakcie lektury, czy los każdej z pań miał być podobny do reszty, czy jednak nie - i to dręczące pytanie, dlaczego właściwie one są takie dziwne?

Problem numer dwa, główna bohaterka, Kornelia, ma depresję. Bywa - ale rozwiązanie wielkiej zaiste tajemnicy, dlaczego ma ową depresję jest tak... Bzdurne, nielogiczne i na siłę, że aż boli. Boli, ponieważ wbrew moim pełnym niechęci zdankom "Kobiety z Czerwonych Bagien" da się fragmentami przeczytać z zainteresowaniem. Dokładniej jednym fragmentem, całkiem długim - pewnie jedna trzecia książki z tego wyjdzie - na temat najpierwszych pań z Czerwonych Bagien, Julianny i Amelii - po nich wątek niezwykłości zaczął gonić za własnym ogonem i jak każda z pań miała być taka niezwykła, to w efekcie nie była żadna.

Trzeci, już kończę, przerysowywana siła i niezależność kobiet z Czerwonych Bagien. Tragiczne losy, dzielne niewiasty, wszystko fajnie, tylko nie mogłam się pozbyć wrażenia, że to wszystko trochę na siłę wychodziło. I drugiego wrażenia także się nie pozbyłam, że głębszego przemyślenia "Kobietom z Czerwonych Bagien" brak - już nawet pomijając to odrobinę śmieszne zakończenie. Historia jest na pierwszy rzut oka głębsza, jak to sagi rodzinne potrafią być, pełna ukrytych tajemnic i powiązań. A na drugi rzut oka okazuje się, że jednak nie, dość płytko jest na tych bagnach.

Tak to to, tak to to, Kalejdoskopowa Kolej Literacka się wykoleiła i dalej nie jedzie. A przynajmniej nie na Czerwone Bagna, zmiana trasy na Piaskową Górę. Chociaż przyznam się z lekkim wstydem, że i Piaskową Górę na razie zostawiłam w kącie, na rzecz książki znanej i lubianej, wyczytanej kilka razy - ale kto tam by o to dbał. Do Piaskowej Góry wrócę w swoim czasie.

0 komentarze:

Publikowanie komentarza