piątek, 23 kwietnia 2010

"Człowiek, który gapił się na kozy", reż. Grant Heslov.

Film mistrzostwo, od plakatu po lewej, po każdą klatkę tego cuda, jestem pod nieustającym wrażeniem już od jakiegoś czasu. Tzn., nie siedzę w fotelu z wyrazem zachwytu na twarzy, oglądałam ten film już jakiś miesiąc temu, więc byłoby ciężko spędzić tyle czasu w jednym fotelu, nawet gdybym chciała. Ale śmiałam się na nim bardzo, rozświetlił mój wieczór i kilka kolejnych dni, a nadal, jak sobie przypomnę niektóre sceny i dialogi, mam ochotę głośno się śmiać, co czasem jest krępujące, np. w kolejce do apteki.
Eksperymentalna jednostka wojskowa, w której kozy, taniec i naszyjniki z kwiatów odgrywają bardzo dużą rolę. Prawie tak samo dużą jak warkoczyk Jeffa Bridgesa - a propos tego pana, nie cierpię go szczerze. Właściwie niewielu jest aktorów, których darzę taką niechęcią (hmmm, Tom Cruise i Robert De Niro... chyba tyle) i tylko Jeffa Birdgesa niechętnie toleruję, bo nie da się ukryć, że gra w dobrych filmach, które szkoda by było pominąć. Ale irytuje mnie potwornie. Dobrze, mniejsza o to, warkoczyk Bridgesa, oraz cała reszta jego postaci są zalążkiem dla nowej ideologii prowadzenia wojen. Żołnierze o paranormalnych zdolnościach, którzy walczą psychiką, nie bronią, a jednym z nich jest rewelacyjny George Clooney. Tak, to właśnie Clooney gapi się na kozy - słodkie zwierzęta, to tak swoją drogą.

Z drugiej strony mamy Ewana McGregora w roli niespełnionego reportera, którego właśnie zostawiła żona. Przypadkiem trafia na człowieka, który twierdzi, że wzrokiem zabił swojego chomika. I od chomika do kozy, a razem z kozą także Clooneya, już niedaleka droga.
Obaj panowie przemierzają pustynię w poszukiwaniu mężczyzny z warkoczykiem i jedynym poważniejszym problemem jest fakt, że nie mają pojęcia gdzie go szukać. A po drodze Bob Wilton, dziennikarz, poznaje historię Billa Django (Bridges), a także swojego towarzysza, Lyna Cassady. Historię pełną czarnego humoru i tajemniczych objawów siły umysłu Cassadiego.

Nie da się ukryć, że "Człowiek, który gapił się na kozy" to cudownie prześmiewczy obraz amerykańskiego wojska, który powstał na podstawie książki Jona Ronsona o tym samym tytule. W moje gusta trafił idealnie, ponieważ nie ma dla mnie nic piękniejszego, niż wyśmiewanie samego siebie. Tak, bawią mnie parodie otoczenia, ale naprawdę kocham dystans potrzebny do robienia sobie jaj z własnej osoby - a w tym filmie wszyscy bawią się świetnie, śmiejąc się z USA. I pięknie to robią, zaczynając od odwiecznej rywalizacji z Rosją, poprzez mit amerykańskiego żołnierza i społeczną sprawiedliwość, aż do teoretycznych wybawców z Ameryki, której wojska wkraczają do Afryki czy Azji i wywracają wszystko do góry nogami. Cała idea nowej generacji żołnierzy podobno jest prawdziwa, prowadzono badania i projekty, z których chyba niewiele wyszło, ale ja się nie znam i nie wiem. Nie zmienia to jednak faktu, że w filmie motyw siły umysłu, rzucania klątw czy zabijania wzrokiem wykorzystano genialnie. Trochę się powtórzę, ale to naprawdę jest przepiękne, kiedy Clooney wyjaśnia jakąś zawiłą tajemnicę, która tak naprawdę jest jednym wielkim absurdem, a widz (w domyśle: ja), zwija się z radości.

W każdym razie, pustynia, którą zwiedzają nasi bohaterowie jest spora, a z czasem Bob Wilton zaczyna wierzyć swojemu nowemu znajomemu, więcej, zapala się do misji odnalezienia Billa Django, właściwie zapala się także do samej kwestii bycia takim żołnierzem nowej generacji. Oczywiście "Człowiek, który gapił się na kozy" to nie jest parodia. Z głębi, spod warkoczyków i kóz, spod tej groteskowej otoczki, wychylają się kwestie ważniejsze. Ideały, honor, wolność (tak, miłość, równość i braterstwo również), także sprawy ogólniejsze, chociażby wałkowane w każdym filmie poszukiwanie samego siebie, szukanie własnej drogi w życiu, godzenie się z przeszłością, z błędami. Również tak powszechna zdrada, zawiść, nienawiść, konflikty międzykulturowe, które są kością w gardle świata. "Człowiek, który gapił się na kozy", to komedia z istną puszką Pandory ukrytą pod płaszczykiem prześmiewczej fabuły. Ale nie należy oczekiwać w tym jakiejś ważniejszej recepty na uratowanie świata, po prostu na tę produkcję składa się i mądra, poważna analiza świata pełnego problemów, i rozkoszna zabawa z ośmieszania tego wszystkiego.

Nie byłabym sobą, gdybym pominęła czarny charakter, Larry'ego Hoopera, zagranego przez Kevina Spacey tak ładnie, że naprawdę miałam ochotę ukręcić szyjkę temu pełnemu zawiści mordercy kóz... Ekhm, no właśnie, ponoszą mnie emocje. Ale pisząc o tym filmie nabrałam ochoty, żeby obejrzeć go jeszcze raz, znowu się pośmiać do ekranu, znowu zobaczyć Clooneya z kozą (tak, to jest zapewne jeden z najbardziej uroczych widoków, jakich w życiu można doświadczyć) i znowu zwabić pełnego podejrzeń C. z pytaniem "dlaczego się tak cieszę?".
Nie jestem pewna, czy przeczytam tę książkę, przede wszystkim jest coś nienaturalnego w oglądaniu filmu przed poznaniem wersji papierowej. Poza tym z kilku przeczytanych przeze mnie recenzji wynika, że "Człowiek, który gapił się na kozy" to literatura faktu i najwyraźniej mało zabawna. Jakby to kogoś zainteresowało, link do recenzji Salonu Kulturalnego. Nie wiem, czy chcę żeby obraz dość radosnego filmu został przesłonięty przez mało radosną książkę. Zobaczymy.
Natomiast jakimś pokątnym ciągiem skojarzeń "Człowiek, który gapił się na kozy" przypomniał mi o innym filmie, "Jarhead", mojej małej miłości (głównie do Jake'a Gyllenhaala). Na razie tylko stwierdzę, że to dobry film, ale może w niedalekiej przyszłości coś o nim napiszę? (dobra okazja do bezkarnego wstawiania tutaj zdjęć półnagiego Gyllenhaala, tak!)
A "Człowiek, który gapił się na kozy" to jeden z najlepszych filmów, jakie widziałam w ciągu ostatnich miesięcy.

2 komentarze:

Agna83 pisze...

Przymierzam się do filmu od jakiegoś czasu. Kocham George'a, ubóstwiam Jeffa, ale nie mogę złapać nastroju.

Za to chętnie poczytam o "Jarhead", no dobra...popatrzę się na półnagiego Jake'a. ;)

liritio pisze...

Agna83, nie marudź, oglądaj film o kozach! Nie, tak właściwie to nastrój też by się przydał - ale to tak fajny film, że szkoda nie oglądać :) Mam nadzieję, że nastrój się niedługo pojawi.
I wiedziałam, że półnagi Jake przyciągnie tłumy ;)

Publikowanie komentarza