niedziela, 16 maja 2010

Dzisiaj bez koloru.

Czarno białe kino ma zupełnie inną atmosferę, niż kolorowe, to tzw. "stare kino", którego magii nie zaprzeczam nawet ja, chociaż mnie często nudzi. Ale również współcześnie producenci inwestują w produkcje bez koloru, a czarno biała sceneria stała się kolejnym elementem zmieniającym wydźwięk filmu. Stylizacja, która czasem robiona jest na wyrost, również czasem przynosi genialne efekty. Wystarczy wspomnieć "Dr Starngelove" czy znacznie świeższe "Sin City", albo nawet jeden z ostatnio głośnych polskich filmów, "Rewers".

Jednak nie będzie ogólnikowo, ja w swoim małym rozumku wybrałam trzy filmy z kilku różnych worków, które jakimś luźnym ciągiem skojarzeń przypomniały mi się niedawno podczas żmudnej czynności wałkowania ciasta. Wolę nie wnikać jak i dlaczego błądzą skojarzenia mojego umysłu, ale bywają ciekawe.

W każdym razie, "Clerks", film z 1994 r., inteligentna komedia "gadana" z bezbłędnymi dialogami, jednocześnie narodziny Jaya i Cichego Boba. Wydaje mi się, że ta niskobudżetowa produkcja, debiut reżyserski Cichego Boba - Kevina Smitha, jest raczej niedoceniana i obecnie mało znana. A szkoda, bo chociaż "Clerks" może na pierwszy rzut oka wydawać się głupawym tworem nastawionym na śmieszenie/gorszenie widza scenami seksu z trupem w toalecie, tak naprawdę ten film ma owo urocze, niezidentyfikowane "coś". Dante i Randal, dwaj całkowicie przeciętni faceci, gadają (głównie o seksie i "Gwiezdnych wojnach"), mimochodem użerając się z klientami, i to gadają całkiem do rzeczy, chociaż miejscami są faktycznie niesmaczni. Z jednej strony żarty i śmiechy chichy, z drugiej wieczny problem niezrozumienia siebie i innych oraz ironia życia. Ale "Clerks" to bardzo pozytywny film, chociaż pokazuje słodko-gorzką rzeczywistość, w jakiś pokrętny sposób poprawia samopoczucie. Kto by pomyślał, że mecz hokeja na dachu sklepu mnie zainteresuje?

Z zupełnie innej bajki, "Angel-a" Luca Bessona (ostrzegałam, że będzie zróżnicowanie). Ogólnie dla tego reżysera mam mnóstwo sympatii za dwa znakomite dzieła, jakimi są "Piąty element" i "Leon Zawodowiec". Padają komentarze, że Besson się wypalił, że zamieszało mu się w głowie, że to, że tamto... Nie wiem, możliwe, ale za swoją wczesną twórczość zasługuje na uznanie i wyrozumiałość jak mało kto. W każdym razie, wracając do "Angel-i", kolejny skromny film, który umilił mi czas. Andre ma długi u paryskiej mafii, to niedobrze. Andre chce skoczyć z mostu, jeszcze gorzej. Andre ratuje od samobójczej śmierci ogromną nieznajomą, i wszystko zaczyna wyglądać lepiej. Słaby i zakompleksiony Andre (naprawdę rewelacyjny, jak zawsze zresztą, Jamel Debbouze) stara się naprawić, co popsuł, z piękną i silną kobietą-aniołem u boku. Chociaż to może pachnąć tandetną opowiastką o miłości do samego siebie i świata, jakoś wielkie i banalne przesłanie tego filmu wcale nie zapadło mi najbardziej w pamięć (a nie zaprzeczam, że "Angel-a" miejscami jest równie piękna, co banalna). Można by narzekać, że Besson mistrzem dialogów nie jest (ale "Piąty element" zaprzecza temu oskarżeniu), a wszystkie zalety "Angel-i" przypisać świetnym, czarno białym zdjęciom i talentowi aktorów, ale chyba jednak trochę zasług Bessona w tym filmie również jest. Stworzył dobry klimat do historii o swoistym odrodzeniu zakompleksionego chłopczyka i miłości oryginalnego anioła, także co by nie mówić, "Angel-a" mu się udała.

Trzeci i ostatni film, "Good Night and Good Luck", mój osobisty faworyt dzisiejszego zestawienia bez kolorów. Film-perełka, w którym zgromadzenie talentu i profesjonalizmu na jednym metrze kwadratowym przyprawia o zawrót głowy i fikanie koziołków z radości. Tak właśnie. David Strathairn, George Clooney, Patricia Clarkson, Robert Downey Jr., Frank Langella... A jeszcze nie jestem nawet w połowie wartych uwagi nazwisk, które wiążą się z tą produkcją, chociaż oczywiście zaczęłam od najsławniejszych. Ale nazwiska to nie wszystko, fakt. Akcja filmu oparta jest na historii medialnej wojny między Edwardem Murrowem, dziennikarzem CBS, a senatorem McCarthym, znanym ze swojej obsesyjnej kampanii przeciwko komunistycznym szpiegom w Ameryce. Oczywiście, że film jest w miarę układny, Murrow to ten dobry John Wayne telewizji, senator to ten zły i brzydki, co z tego, że prawda leżała jak zawsze po środku. Ale kiedy tylko po części oglądamy "Good Night and Good Luck" jako dokumentalny zapis tamtych wydarzeń, film transformuje się w wielowarstwowy obraz, który wcale nie przedstawia czarno-białego świata, ale szarą rzeczywistość w bardzo pięknych zdjęciach Elswita. W mojej interpretacji "Good Night and Good Luck" porusza głównie temat opiniotwórczej siły telewizji i wartości dziennikarstwa jako takiego, ale różnych wątków jest tam więcej, politycznych i społecznych.
Ciekawą atmosferę w filmie tworzy ustawienie akcji głównie w zatłoczonych pomieszczeniach stacji CBS, ciągły szum, papierosowy smog, napięcie i tykające zegary są kontrastem dla w sumie powolnej fabuły - mnie się nie nudziło, ale jestem w stanie zrozumieć, że kogoś ten film może miejscami znużyć. Co absolutnie nie zmienia faktu, że świetne trio Clooney-Heslov-Elswitt stworzyło film na wysokim poziomie, nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni.

0 komentarze:

Publikowanie komentarza