sobota, 28 kwietnia 2012

Na rozbieg, na raz, dwa, trzy.

Zapominam jak się nazywałam wczoraj, a jak nazywam się dzisiaj. Ale teraz basta! Że karuzela się kręci, nie znaczy, że nie znajdzie się ponownie miejsce na jeszcze jednego konika i balonik, i cukrową watę. Jak karuzela to karuzela, o bloga należy dbać, szczególnie, że obietnice są pamiętane i powinnam się poczuć. Poza tym, nie da się ukryć, tęsknię za klepaniem w klawisze i zalewaniem Was tym, co akurat dzisiaj do głowy wpadło. A przecież wpada. I wypada, łapać należy.

Czyli na raz: "Kobiety", Charles Bukowski.
Wymarzone życie każdego rockmana czy smutna konstatacja alkoholika na koniec dnia? Jedno i drugie po trochu, taką bajkę dla ubogich serwuje nam Bukowski, pisząc opowieść Chinaskiego, narratora i bohatera.
Chinaski: pisarz z opóźnionym zapłonem (tę charakterystykę można interpretować wielorako), samotniczy, obojętny, w wiecznym oczekiwaniu na kolejną kolejkę i kolejną kobietę.
Bukowski uniknął tworzenia taniej pornografii przez swoją szczerość. Obezwładniającą miejscami. Trzyma się gruntu, zachodów słońca tam nie znajdziecie. Zostają odkryte uda, nadpsute zęby i wymioty przez drzwi samochodu. Ale Bukowskiemu nie można odmówić czaru, który tworzy jego dystans do siebie, cięty humor i całkowity brak owijania w bawełnę. Jakie jest życie Chinaskiego, każdy widzi, siebie samego człowiek nie przeskoczy.
I może chciałoby się czytać "Kobiety" z niesmakiem (na to wiele lat za późno), a może z wypiekami na twarzy, ale mnie nie udało się ani tak, ani tak.
Chwile ziewania nad kolejnym dniem (pobudka w południe, alkohol, jakaś kobieta, alkohol... czasem ktoś wybija szyby w oknach, czasem ktoś krzyczy) przeplatały się z okazyjnym ożywieniem. Kiedy? Proza Bukowskiego to podstarzałego dziwkarza życie codzienne, ale raz na kilka stron trafiają się teksty, które wyekstrahowane można równie dobrze znaleźć w wyszukiwarce pod hasłem "Bukowski, cytaty".
I dlatego też uważam, że Bukowskiego to albo w większej masie, albo wcale. Po jednej książce (jak "Kobiety") tonie się w rutynowych opisach nie pozostawiających nic dla wyobraźni. Wśród tego nadmiaru prozy łatwo może umknąć fakt, że Bukowski czasem napisał również coś wartego zapamiętania.
A "Kobiety" same w sobie? Nie sposób się zgorszyć. Może to taki "Żywot człowieka poczciwego", wersja dla współczesnych? Dla ożywienia, dla oderwania, dla każdego według aktualnej potrzeby.
I wreszcie cytat mój ulubiony, jak szaleć to tylko cytatem, chociaż większości zapewne jest znany:
"Na tym polega kłopot z piciem, pomyślałem, nalewając sobie drinka. Gdy wydarzy się coś złego, pijesz, żeby zapomnieć. Kiedy zdarzy się coś dobrego, pijesz, żeby to uczcić. A jeśli nie wydarzy się nic szczególnego, pijesz po to, żeby coś się działo."
Charles Bukowski, "Kobiety", Wyd. Noir Sur Blanc, 2004r., str. 252.

Na dwa: "Nietykalni", reż. Olivier Nakache, Eric Toledano.
 Z tego, co rozumiem, Francja (i nie tylko) na punkcie "Nietykalnych" oszalała. Do tego entuzjazmu, zachwytów i nagród mogę ze swojej strony dodać stwierdzenie, że na pewno w aktualnym repertuarze kin jest to film, na który naprawdę warto się wybrać. Dla higieny umysłu zalewanego tandetą, agresją i głupotą, dla odświeżenia po ciężkim dniu/tygodniu/życiu.
Philippe - sparaliżowany od szyi w dół milioner - przede wszystkim nie chce litości, obłudy, traktowania go jak dziecka ze szkła. I na pewno Driss (rewelacyjny Omar Sy) - przyjęty na pielęgniarza chłopak po niedawnej odsiadce - tej litości dla niego nie ma, a panowie rzeczywiście świetnie się dogadują w codziennej rutynie i odskokach.  
Co jest w "Nietykalnych" piękne? Traktowanie kalectwa (paraliżu) jako po prostu kolejnej cechy człowieka. Chociaż tutaj "Nietykalni" obciążeni są przekłamaniem, a nam towarzyszy nam oczywiste pytanie: jak by to wyglądało bez tych wszystkich pieniędzy? Pozostawmy je bez odpowiedzi, "Nietykalni" to bardzo lekki film, niewiele w nim przygnębiającej prozy życia.
Jeszcze urocza bezpretensjonalność. Nie do pobicia żadnym wysilonym morałem, których pełno we francuskiej kinematografii. "Nietykalni" to radość życia na ekranie, radość fantastycznie zagrana, która przenosi się na widza momentalnie. Wybuchy śmiechu na sali zaczęły się już w pierwszej scenie i skończyły po napisach, a "Nietykalni" to świetnie napisana komedia, która łatwo przywraca odrobinę optymizmu i sympatii do świata.
Te wszystkie zalety nie zmieniają jednak faktu, że "Nietykalni" to mgiełka, złudzenie, które długo można pamiętać, ale nastrój podczas seansu przyswojony, w następnych dniach pozostawia po sobie zbyt delikatny, wątły ślad. W dniu codziennym powrócić do bańki "Nietykalnych" nie da rady.
Ale dwie godziny prostej radości z dwoma panami w Paryżu, to chyba niemało? To warto obejrzeć.

I na trzy: garść rozważań o kinie prawie dobrym i prawie głębokim. 
Poza niewątpliwie dopracowanymi do perfekcji "Nietykalnymi", wymienić można wiele innych filmów z kategorii, w której "Nietykalni" są klejnotem w koronie, pewnym ideałem niedoścignionym przez wielu.
Jest ich mrowie a mrowie, o "życiu, śmierci i tych sprawach", podawane w sosie "prawimy mądrze".
A w zasadzie o czym? Po co?
Chociażby "The Beginners", film dobry, miejscami pomysłowy, nadal bez większej treści. Fakt, Christopher Plummer mnie rozbroił, piesek również, ale to był wątek poboczny. Na pierwszy plan wysuwała się znajomość pewnej dwójki nawykłej do odpychania ludzi i odpuszczania uczuć.Sentymentalne, naiwne? Też. Miejscami rzeczywiście dostrzegałam przebłyski krzyku "to ma przesłanie!". Ale w ostatecznym rozrachunku nie miało.

Inna bajka: obejrzana niedawno, w sumie z głupich powodów, "Daydream Nation", nastolatka w nowym mieście, romans z nauczycielem, romans z kolegą, w tle wątek kryminalny, niepotrzebny...
Oglądam te filmy, tak jak do niedawna oglądałam komedie romantyczne, zaczynają się, kończą, a potem niewiele z tego mam.

Niedoścignionym wzorem filmu, którego nie przeskoczą nawet "Nietykalni", jest "Mała Miss Sunshine". Do dziś pamiętam, chociaż oglądałam lata temu, historię dziewczynki opętanej pragnieniem wygranej w dziecięcym konkursie piękności. Konkursie oddalonym spory kawał drogi, co zmusiło całą rodzinę do wpakowania się w żółciutkiego żuczka i długą wycieczkę w znane/nieznane.
Powiecie mi, że "Mała Miss Sunshine" miała wiele treści i była zdecydowanie bardziej skoncentrowana tematycznie, niż miałki twór o nastoletnich roztkliwieniach i wypadkach, jakim jest "Daydream Nation". Zgodzę się, ale nie zmieni to faktu, że w "Małej Miss" konkretnego celu nie było. Zupa egzystencji zwyczajnej, ja to uwielbiam, to nie krytyka. ("Małą Miss Sunshine" musicie obejrzeć, jeżeli jeszcze nie znacie, to jest zalecenie odgórne i nie ma wyjątków).

Nie macie jednak wrażenia, że od czasów "Małej Miss Sunshine" (2006r.) zalewają nas filmy prawie sensowne, prawie celowe... Tylko prawie.
W praktyce jednak miałkie i skrywające próżnię pod płaszczykiem intelektualnych rozważań zaprezentowanych w towarzystwie alternatywności wszelakiej i niezłego aktorstwa? 
Mogę sypnąć tytułami: "Sunshine Cleaning", "Purple Violets", "The Last Night", "Fireflies in the Garden", "50/50"... Do jednego worka wrzuciłam zupełnie różne w ciężarze i klimacie filmy, wiem. W moim przekonaniu łączy je jednak sporo: to nieznośne i nagminne silenie się na skromność i intelektualizm, na bezpretensjonalność, która udawana zgrzyta najgorzej. A to wszystko jest puste.
I chociaż nie odmówię tym filmom walorów rozrywkowych - idealne na zabicie czasu w wolne popołudnia, kiedy nie chcecie być widziani w towarzystwie Kate Hudson czy Jennifer Aniston - ale ich twórcy idą na łatwiznę, tworzą nieprawdę.

A skoro znam dowody niebanalnego pomysłu i zręczności wykonania, jak "Nietyklani", "Little Miss Sunshine", "Karmel", czy wychwalane przeze mnie w zeszłym roku "Mine Vaganti", dlaczego jest ich tak mało?

I pytanie najważniejsze, czy to ja marudzę na wyrost w zdaniach powyżej, czy świat naprawdę został opanowany przez mądrość głupią? Pisząc ten tekst szukałam intelektualnych dialogów w zakamarkach pamięci i wniosek jest jeden: należy powrócić do początku. Znaczy włączam "Pulp Fiction".

wtorek, 27 marca 2012

Brontë.

„Może się wydać dziwne, że pisarka, która miała tak duże poczucie humoru, nie umiała przyjąć wobec ludzi czy zdarzeń postawy szyderczej. Nie wynikało to z jej szacunku dla osoby ludzkiej – potrafiła osobą ludzką gardzić, a jej cechy wyśmiewać. Nie potrafiła jednak z niej szydzić. Nie miała tego cennego dla pisarza daru prowokującej przewrotności, którym tak skąpo obdarzeni zostali wiktorianie, a tak szczodrze pisarze osiemnastowieczni.”
„Na plebani w Haworth. Dzieje rodziny Brontë.”, Anna Przedpełska-Trzeciakowska, Wyd. Świat Książki, Warszawa 2010r., str. 379.

Tak o Charlotcie Brontë napisała Anna Przedpełska-Trzeciakowska, autorka bardzo obszernej i świetnie napisanej biografii rodziny Brontë, „Na plebanii w Haworth”. Książki, mam wrażenie, blogowo tłumnie chwalonej i recenzowanej już od jakiegoś czasu. Ale ja tu od razu do sedna, a przecież Liritio i szybkie przejście do meritum to się nie godzi!

Jedną (jedyną chyba) z zalet chorowania jest zastrzyk wolnego czasu. Można czytać! Oglądać! W sumie, najchętniej można spać, ale załóżmy, że w chorobie się ukulturalniam. Tak naprawdę zaczęło się od pożyczonej dla mnie „Villette” C. Brontë, której nigdy nie czytałam, mimo sporego sentymentu do trzech sióstr. Początkowo zniechęcała mnie mało wartka akcja, mało zachęcająca bohaterka – bezpodstawnie, ale uporczywie przez pierwsze rozdziały trzymało się mnie skojarzenie z „Pollyanną”, której szczerze nie lubię – jednak w pewnym momencie Lucy i ja złapałyśmy wspólny język, dalej poszło szybko i teraz cierpię niewątpliwie, bo mądry C. pożyczył jedynie pierwszy tom. Cudny pomysł.

Na fali tęsknoty za dalszym ciągiem „Villette” wpadłam (nie po raz pierwszy) w bronëtańską fazę, wygrzebałam z regału porzuconą kiedyś (młode Liritio, to głupie) „Na plebanii w Haworth” i tym razem wpadłam w tę książkę po uszy. Stąd też wybuch nagłej chęci odświeżenia nieco zaniedbanego bloga, koniecznie siostrami z Haworth, koniecznie...
„Villette” jeszcze połowa przede mną, więc na razie pominę te wrażenia, ale przecież innych, znacznie wcześniejszych mam sporo (spokojnie, niektórych Wam oszczędzę, jakaś selekcja musi mieć miejsce). Ileż to już razy napisałam, że „Wichrowe Wzgórza” wyczytałam w każdą stronę, prawie wspak? Sama siebie w kostkę kopię, że to tylko krótkie słowa, bez stosownego rozwinięcia z mojej strony. Przyjdzie niebawem na to czas, tym razem bez zwłoki. Bez aż takiej zwłoki.

Tymczasem zerknijcie na zdjęcie po prawej, zaśnieżona plebania w Haworth, której jedyne okna wychodzą na cmentarz. Dom na krańcu świata, za nim już tylko wrzosowiska, atmosfera może klimatyczna, ale romantyzmem czarująca jedynie na papierze.
Nie będę ukrywała, nigdy nie wnikałam bardziej w prawdziwe oblicza sióstr Brontë, zadowalało mnie własne (mylne bardzo) wyobrażenie, w którym traktowałam trzy siostry niczym te trzy wariatki z czyjegoś strychu. Szczególnie najdroższą moją Emilię bez zbytniego zastanowienia sportretowałabym z mrokiem szaleństwa w oku, błąkającą się wśród wrzosowisk.
Tutaj "Plebania w Haworth" oświeciła mnie w stopniu wystarczającym, rzetelność autorki jest godna podziwu: brak naleciałości jej własnych opinii, jest wielostronnie, uważnie i logicznie. Mnie to bardzo odpowiadało, podejście "wydajemisię" jest biografa niegodne, a karygodnie często praktykowane.

Zbudowanie postaci trzech sióstr i ich rodziny ze skrawków nie mogło być łatwe. O ile jeszcze Charlotta Brontë zostawiła po sobie wiele listów i wrażeń od osób postronnych, jak też można napisać o Emilii, na której temat niewiele wiadomo? Autorka sama zaznacza, wszystko na temat Emilii jest niepewne i mgliste. I może szkoda, ale w sumie Liritio to nie przeszkadza. Naprawde, na dłuższą metę nie robiłoby mi też różnicy, czy ona sama napisała "Wichrowe Wzgórza", czy napisał je Branwell - mało mnie porywający brat nałogowiec. Chociaż ta wątpliwość zdecydowanie i przekonywająco jest rozwiana w "Na plebanii w Haworth", najwyraźniej Branwell nie miał szans.

Charlotta jest więc portretem w miarę pełnym i jej dotyczy największa części książki Przedpełskiej-Trzeciakowskiej. Napisać, że Charlotta wydała mi się męczącą histeryczką będzie stwierdzeniem bezczelnym i na wyrost. Ale nieprzystosowanie sióstr do świata "prawdziwego" jej najdłużej dawało się we znaki i najwierniej zostało opisane, a nie czyta się o jej dramatach i problemach bezboleśnie. Z jednej strony współczucie ściska serce, z drugiej następuje bezlitosne wzruszenie ramion, Charlotta staje się postacią fikcyjną, a przecież była małą kobietką z krwi i kości. Napisane jest w tej pokaźnej biografii, że postacią fikcyjną stawała się już za życia, jak ponuro musiało to świadczyć o jej życiowej sytuacji. Do tego nie trzeba już znajomości wszystkich nieszczęść spadających na tę rodzinę.

Emilia, raczej duch, słabo uchwytna postać za mgłą. Żelazna wola, męski charakter? Najbardziej, nazwijmy to, aspołeczna z czwórki rodzeństwa. Zamknięta w domu na własne życzenie, samotna na wrzosowiskach, panna bez wykształcenia, bez wiedzy o świecie, bez doświadczeń. Zadziwiająca jest więc ponura kreacja pozornie skromnego umysłu, jaką są "Wichrówe Wzgórza". Jak musiały biec jej myśli, w jakiej głowie rodzi się taka opowieść, jakim cudem? Niepokojąca wyobraźnia, niepokojący charakter, kiedy dodamy to, jak niewiele o Emilii wiadomo, spokojnie można spuścić własne złudzenia ze smyczy i niezliczone jej przypisywać charaktery i zamiary.
Ale niewiele warte są wnioski budowane na niepewnym gruncie, dlatego też w "Na plebanii w Haworth" Emilii mało, raczej wzmianki. Ale doceniam bardzo wysiłek, jaki został włożony w spójne skonstruowanie nawet tych wzmianek, na wydobycie ich z zakamarków, otrzepanie z kurzu i ułożenie w jednolitą całość pozbawioną pobożnych życzeń i cudzych wymysłów.

Wreszcie Anna, której obraz można stworzyć ładny, ale czy prawdziwy? Łagodna, pokorniejsza niż siostry. Może tragicznie zakochana? Do Anny stosunek mam o tyle żaden, że znam jedynie jej spokojniejszą, stonowaną "Agnes Grey", którą czytałam bez przykrości, ale na kolana mnie nie rzuciła. Najwyraźniej jednak siedziało i w Annie coś więcej, skoro "Dzierżawca Wildfell Hall" jest jej dziełem. I na tę książkę będę się teraz czaiła.

Po połknięciu "Na plebanii w Haworth" wniosków garść, po części powyżej. Jeszcze ojca, pastora mi mało. O nim też zapewne niełatwo informacje zebrać, ale tutaj niezdrowa ciekawość mnie pcha do lektury innej biografii sióstr Brontë, chciałabym naturę tego człowieka uchwycić, o ile to możliwe. Anglikański pastor, który przeżył swoją żonę i wszystkie dzieci, głosił dobre kazania, strzegł swoich zasad pilnie. Przecież on również sam w swojej plebanii życie spędzał, wrzosowisk sąsiadem był, było nie było, z dziećmi kontakt miał, na ich niekonwencjonalny rozwój jakoś wpływał... W wersji Przedpełskiej-Trzeciakowskiej był to człowiek szlachetny, tolerancyjny, wierzący, ale tutaj autorka ma pytania. Ja też mam, pastor Brontë jednoznaczny się nie wydaje.

Co wyczytane o siostrach, na razie wystarczy, do przyswojenia trochę jest. Trzy panny Brontë, nieśmiałe, smutne, odizolowane, nieprzystosowane, ale szaleństwa w tym nie ma. Pełne wyobraźni, w symbiozie z rodzeństwem wychowane, od najmłodszych lat w światach równoległych, tylko jednym prawdziwym. Czas trzy wariatki ze strychu wyrzucić i przenieść je do oświetlanej płomieniem kominka kuchni, zmyć szaleństwo z twarzy i tam już panny Brontë zostawić, gdzie skrobią sobie drogę do sławy, której może wcale nie pragnęły.

sobota, 17 marca 2012

O tożsamości, kobietach i Paszczaku.

"Starał się być Paszczakiem, którego wszyscy lubią i starał się być Paszczakiem, którego nikt nie lubi. Lecz co z tego, kiedy i tak ciągle był tylko Paszczakiem, który wszystko robi, jak może najlepiej, ale nic mu naprawdę dobrze nie wychodzi."
Tove Jansson, "Dolina Muminków w listopadzie", wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa, 1990r., str.36.
Wraz z wiosną powracam do Doliny Muminków, chociaż w sumie powracam z wiosną w wiele miejsc. Dzisiaj akurat tam.
"Dolina Muminków w listopadzie" trafia w nastrój, w którym Liritio nie lubi świata. Zdarza się najlepszym. I proszę, oto Paszczak, Filifionka, i Włóczykij, który głownie odchodzi. Książki Tove Jansson to bezpudłowe ukojenie, kiedy nachodzi mnie ten zgubny nastrój.

Ostatnio z lekkim niepokojem analizowałam fakt, że wśród ulubionych bohaterów literackich Liritio nie ma ani jednej kobiety. Trafiłam na kilku blogach na listy dziesięciu ulubionych postaci kobiecych, zabawa początek ma tutaj.
Wybieranie "ulubieńców" to czynność, której oddaję się raczej niechętnie, ale tutaj zadziwiła mnie całkowita pustka w preferencjach. Kiedy ktoś rzuca pytanie "ulubione postaci literackie", Liritio odpowiedź może zaterkotać bez zająknięcia, a przynajmniej jej początek: "Lucas Corso...".
I jakkolwiek niepełna ewentualna lista, którą w bólach mogłabym może utworzyć, po głębokim zastanowieniu widzę, że kobiet na niej nie ma.
Może po prostu kobiet nie lubię? Nie, to nie to.
Może więc problem leży w kobietach, które są bohaterkami książek... W dużej części prozy dawnej panie rozpisane są na jedno kopyto, figurantki bez charakteru. Albo mimotyczne, romantyczne i pełne westchnień, albo mroczne femme fatale.
A weźmy pierwszy z brzegu przykład, który nieco bardziej kobiecy charakter angażuje, chociażby książki sióstr Bronte. Kocham "Wichrowe Wzgórza", ale Katy nie jest postacią, którą bym uwielbiała.
Nawet wpadająca od razu do głowy Scarlett... Czy ja naprawdę tak ją lubię? Z jej wieczną pogonią za czymś, co nie daje jej szczęścia i upartym zamknięciem na to, co może być dla niej dobre, na prawdę o samej sobie? Niekoniecznie.
Czuję sympatię do wielu bohaterek literackich, bardzo wielu nawet. Ale żadna z nich mnie bardziej jakoś nie porywa. Jakbym naprawdę musiała wybierać to może... Może Hatsumomo z "Wyznań Gejszy" Arthura Goldena?
Przy całej beznadziei faktu, że nie jestem w stanie naprawdę "wciągnąć się" w naturę kobiet przedstawianych w literaturze, przynajmniej wiem na pewno, że kobiety tworzone przez Tołstoja znalazłyby się na pewno na szczycie listy AntyTop10. Tak, tak, z Kareniną na samej górze. Możecie uznać to za dowód mojego negatywnego nastawienia.

Temat podjęty bez okazji, chociaż może na fali 8ego marca? W każdym razie doprowadził mnie do wniosku kolejnego: nie umiem uświadomić sobie istnienia jakiekolwiek postaci literackiej, z którą bym się utożsamiała. Ani jednej, mniejsza już o płeć.
Chociaż faktem jest, że osoba jednej pisarki byłaby przeze mnie w tym momencie wymieniana. Ale pani żyła naprawdę, nie była tworem wyobraźni i już od dawna uważam, że jestem do niej mocno podobna. Ale o niej innym razem.
Jednak postać literacka? Nawet Paszczak nie pasuje... Koniec świata po prostu.

A Wy? Potraficie utożsamić się w dużej części z jakąś postacią literacką? W stopniu małym, fragmentarycznie, potrafię i ja, ale dążąca do całości tożsamość jakoś mi przez myśl przejść nie może.

wtorek, 28 lutego 2012

What's it all about, Alfie?

Oldman nie dostał Oscara. Glenn Close nie dostała Oscara. Alberto Iglesias nie dostał Oscara... Tak, to wszystko było do przewidzenia, wiem. Ale i tak dziecinnie rączki zakładam i stwierdzam "Akademia jest be". Oczywiście C. miał rację, kiedy wzruszając ramionami zapytał, czego właściwie się spodziewałam.
Niczego. Gwiazdkowego cudu.

Pierwszy raz od kilku lat nie obejrzałam Gali i może odrobinkę żałuję. Ale inne sprawy się nałożyły, jednak zarwać noc niedzielno-poniedziałkową to pewne wyzwanie, kiedy potem trzeba przeżyć ten niespecjalnie uroczy dzień tygodnia.

Trochę za to poczytałam o rozdaniu - szkoda, że nie widziałam Dujardina na scenie. I psa, szkoda, że nie widziałam psa na scenie.

Inna sprawa, że za dużo "Artysty" wkoło, za dużo. Zapewne kiedy w końcu obejrzę film Hazanaviciusa, uznam go za twór świetnie zrobiony, uroczy i wszelkich nagród godzien. Ale to w przyszłości, na razie czuję przesyt "Artystą", chociaż od napisów początkowych dzieli mnie jeszcze trochę czasu.
Natomiast zgadzam się ze stwierdzeniem przeczytanym w jednym z podsumowań tegorocznych Oscarów, a dokładniej tutaj.
Jakiego wrażenia "Artysta" by nie robił, faktycznie wydaje się przynajmniej nie być równie mało istotny i jednorazowy, co zeszłoroczny "King's Speech". O tym filmie swoje zdanie miałam i po (całkiem niedawnym) obejrzeniu, nadal mam takie samo. Hooper zrobił dobry film, aktorsko "King's Speech" jest świetny, ale Oscar za film roku i reżyserię jest pomyłką.

Tutaj oscarowy triumf "Artysty" przypomina mi nieco "Chicago" sprzed kilku lat - nie porusza świata w posadach, ale zapewne ma tę samą moc czarowania widza i długo nie daje o sobie zapomnieć. "Chicago" było mistrzowsko wykonanym filmem, drapieżnym i bardzo dynamicznym. "Artysta" (z tego co rozumiem nie oglądając filmu) podbija serca wdziękiem, zmrużeniem oka i przywracaniem magii do kina XXI wieku. Filmy ciekawe nadal kręcą, a jednak tej "magii" często mi brak.

Zastanawiając się nadal nad Dujardinem - czy on wygląda jak James Bond? - na "Artystę" przyjdzie pora, a chwilowo rozważam obejrzenie "Niewinnych kłamstewek", między innymi z nim w obsadzie. I Marion Cotillard. Dujardin wyskoczył jak diabeł z pudełka i zaczęły mnie interesować filmy poprzedzające jego strzał w dziesiątkę niemą rolą. Obawiać się chyba nie muszę, czegokolwiek o Akademii bym nie sądziła, Oscar piechotą raczej nie chodzi (chyba że do Gwyneth Paltrow), a do obcokrajowców już na pewno za darmo nie trafia.

Na koniec, w ramach życzeń i cudów:
Chciałabym, żeby kolejny rok był ciekawszy.
I żeby nominowano jakąś bardzo piękną piosenkę. Ba! Żeby w jakimś filmie zaśpiewano jakąś piękną piosenkę, którą będzie można nominować.
I jeszcze jedno, czy Depp mógłby ponownie zagrać rolę-nokaut i dostać w końcu Oscara? Od lat zżera mnie ciekawość, co też by na to powiedział.
Ale na razie nie zapowiada się.

W ramach przywracania magii kina i podtrzymania zeszłorocznej oscarowej tradycji, którą zaczynam nazywać tradycją z dniem dzisiejszym - do tej chwili nie sądziłam, że mogę sobie wydumać jakąś blogową tradycje, a tu proszę, jest radość - Burt Bacharach musi być.
Bacharach, Hal David, Michael Caine, Lewis Gilbert, "Alfie". Ot i magia kina wróciła.

piątek, 24 lutego 2012

Drobne przyjemności.

Seans "Melancholii" von Triera jeszcze przede mną - powoli się przekonuję, że przetrwam i Wagnera, i koniec świata - ale w "Jak Proust może zmienić twoje życie" Alaina de Bottona koniec świata już omówiony.
Nadchodzi zagłada, czas, start, co teraz? Tak można podsumować pytanie, które padło w pewnej gazecie, oczywiście odpowiedział na nie również Proust. Po swojemu, rozwlekle.
Natomiast ja się wzruszyłam i parsknęłam nad zdaniem wypowiedź Prousta poprzedzającym.
"(...)podejrzenie to uzyskało dodatkowe potwierdzenie ze strony jeszcze innego pisarza, Henri Roberta, który otwarcie wyznał gotowość przeznaczenia końcówki swojego życia na grę w brydża, w tenisa i w golfa.
Alain de Botton, "Jak Proust może zmienić twoje życie",
Wydawnictwo Studio Emka, Warszawa, 1998r."
Koniec wszystkiego - sprawa co najmniej poważna. Podejście Henri Roberta jest może zbyt niefrasobliwe w kontekście czegoś tak ostatecznego. A jednak budzi mój uśmiech, bowiem cóż lepszego na koniec świata, niż drobna, ulubiona przyjemność?

Dzisiaj wpadłam tylko na chwilę, zostawię Was w doborowym towarzystwie pewnej pani, która pięknie śpiewa piosenkę pewnego pana.
I nie wiem jak Wy, ale ja mam wrażenie, że pomału, może tyłem, ale wiosna już idzie.