Na "Stokera" czekałam od października, szmat czasu, przez chwilę już nie wierzyłam, że w końcu uda mi się pójść na to do kina, bez kombinowania, ot tak.
W październiku pisałam:
"To będzie coś. Musi być. Odpowiedni reżyser i Matthew Goode sparowany z Mią Wasikowską w przyprawiającym o ciarki duecie."
I niech mnie licho porwie, coby wypowiedzi dodać dramatyzmu, jeśli "Stoker" rzeczywiście nie jest czymś, może nawet Czymś.
Jedynym z owej październikowej listy, który dorównał oczekiwaniom Liritio, chociaż się z nimi rozminął. Ale rozminął się stylowo (dosłownie stylowo i w przenośni również "stylowo").
Nie miałam złudzeń, że robiony za amerykańskie pieniądze film w reżyserii Chan-wook Parka będzie równie, ujmijmy to kolokwialnie, "odjechany" co od lat przeze mnie faworyzowana Trylogia Zemsty. Nie było opcji na tę samą skalę przemocy i makabry, niestety nie było też opcji na tę samą dozę absurdalnego, czarnego humoru. USA ma swoje zasady, a Chan-wook Park w "Stokerze" był jedynie reżyserem, pieniądze dali panowie Scott (Ridley i Tony), Steven Rales i M. Roybal (jak ktoś produkuje filmy Wesa Andersona ma u mnie od razu 10/10 punktów), a scenariusz napisał gwiazdorek "Prison Break'a" (napisał całkiem nieźle, więc to taka raczej zwyczajowa złośliwość niż przytyk). Ile więc Chan-wook Parka, którego znamy (nie znamy? biegusiem poznawać!) w krótkim filmie o tym, że rodzina nie musi się lubić? Rzekłabym, że sto procent o kilka tonów ściszonego Parka. I właściwie tak musiało być, nie ma co się czarować.
![]() |
India i jej buty, buty są istotne od pierwszej sceny. |

Skąd więc mniej i więcej Hitchcocka w jednym zdaniu na wstępie? Z jednej strony Lirito spodziewała się dłuższego oczekiwania na wyjaśnienie. Napięcia w "Stokerze" nie buduje tajemnica "o co chodzi?", to jest oczywiste od pierwszych scen, Matthew Goode jest najlepszy z głównego tria i jego Wujek Charlie to bezbłędna kreacja, ale film jest skonstruowany w sposób, który nie pozostawia nam przestrzeni na domysły. Tutaj owe "mniej Hitchcocka" daje o sobie znać, nie mamy dylematu czy postać ma taką czy śmaką rolę, to jest pokazane wystarczająco dobitnie od pierwszych scen. Nie ma tego kryzysu woli, który budzi w nas np. Gregory Peck w "Urzeczonej" - jest szalonym mordercą czy niewinnie wrabianym bohaterem? I najważniejsze, które byśmy woleli, czy nasza sympatia zgasłaby w finale obejmującym wyjście z szaleńcem?
Matthew Goode nie budzi w "Stokerze" sympatii, tutaj może Frith miałby łatwiejsze zadanie, jak dalece nie odchodziłby od wizerunku kojarzącym się z jego sztandarowymi rolami, nie da się ukryć, Colin Firth kojarzy nam się z miłym człowiekiem. Ale Goode w "Stokerze" jest genialny, wyważony, ani razu nie przesadził, nawet jego uparty brak mrugania nie wydaje się karykaturalny.
A więc pytaniem głównym "Stokera" nie jest to o wujka Charliego, tutaj możemy się wszystkiego szybko domyślić i brawa dla Goode'a, że stworzył z postaci oczywistej kogoś fascynującego.
Zagadką jest India - jakie decyzje podejmie, co zrozumie, czego się domyśli i jak skończy się ta opowieść dla wszystkich zainteresowanych. Siłą wiodącą jest India, to nie ulega wątpliwości, jej postać staje na rozdrożach i podejmuje jakieś działania. W tym tkwi suspens i niepewność "Stokera".

Nie ma więc w "Stokerze" nic brzydkiego, ale też niewiele jest naturalnego i może owej naturalności trochę brak. Jak dokładnie wysmakowany jest ten film! Każde ujęcie, dosłownie każde, jest gratką, dobrą kompozycją, czymś ładnym. A łamią w "Stokerze" karki, więc nie sposób nie docenić.

Matthew Goode po raz kolejny. W tak dobrej roli go jeszcze nie widziałam, kiedy na zmianę był pociągającym wujkiem Charliem (jakie to perwersyjne w "Stokerze", całe to tytułowanie "wujkiem Charliem", ładny smaczek) i przerażającym, chłodnym wujkiem Charliem. Nieruchome, okropnie niebieskie oczy, niezmiennie opanowany uśmiech, ładna rola.
Muzyka Clinta Mansella, oj perełka. Atmosferę buduje pierwszorzędnie, duży dom, piwnice, ogrody, ujęcia porażające subtelnym wyczuciem a w tle ta muzyka. "Stoker" jest na swój sposób bardzo wyrafinowany i Mansell tylko to podkreśla.
Clint Mansell, Becoming...
Wreszcie zwieńczenie prostego geniuszu i subtelności reżysera, obsady, całego pomysłu, scena duetu przy fortepianie. Jedna z najbardziej niekomfortowych, ale hipnotyzujących scen, jakie zdarzyło mi się obejrzeć w kinie. I żadna erotyka łóżkowej konwencji tego jednego duetu nie przebije.
Czym więc finalnie okazuje się "Stoker"? Przesadnie wystylizowaną bajką na straszne sny? Raczej historią dwoistości, uśpienia i pewnej powściągliwej rodziny, a jak wiadomo, każda rodzina ma swoje tajemnice.
0 komentarze:
Prześlij komentarz