piątek, 24 maja 2013

"Stoker", reż. Chan-wook Park.

Oczekiwałam mniej Hitchcocka, ale oczekiwałam też więcej Hitchcocka. O ile ma to jakikolwiek sens.
Na "Stokera" czekałam od października, szmat czasu, przez chwilę już nie wierzyłam, że w końcu uda mi się pójść na to do kina, bez kombinowania, ot tak.
W październiku pisałam:
"To będzie coś. Musi być. Odpowiedni reżyser i Matthew Goode sparowany z Mią Wasikowską w przyprawiającym o ciarki duecie."
I niech mnie licho porwie, coby wypowiedzi dodać dramatyzmu, jeśli "Stoker" rzeczywiście nie jest czymś, może nawet Czymś.
Jedynym z owej październikowej listy, który dorównał oczekiwaniom Liritio, chociaż się z nimi rozminął. Ale rozminął się stylowo (dosłownie stylowo i w przenośni również "stylowo").

Nie miałam złudzeń, że robiony za amerykańskie pieniądze film w reżyserii Chan-wook Parka będzie równie, ujmijmy to kolokwialnie, "odjechany" co od lat przeze mnie faworyzowana Trylogia Zemsty. Nie było opcji na tę samą skalę przemocy i makabry, niestety nie było też opcji na tę samą dozę absurdalnego, czarnego humoru. USA ma swoje zasady, a Chan-wook Park w "Stokerze" był jedynie reżyserem, pieniądze dali panowie Scott (Ridley i Tony), Steven Rales i M. Roybal (jak ktoś produkuje filmy Wesa Andersona ma u mnie od razu 10/10 punktów), a scenariusz napisał gwiazdorek "Prison Break'a" (napisał całkiem nieźle, więc to taka raczej zwyczajowa złośliwość niż przytyk). Ile więc Chan-wook Parka, którego znamy (nie znamy? biegusiem poznawać!) w krótkim filmie o tym, że rodzina nie musi się lubić? Rzekłabym, że sto procent o kilka tonów ściszonego Parka. I właściwie tak musiało być, nie ma co się czarować.

India i jej buty, buty są istotne od pierwszej sceny.
Czegokolwiek by w "Stokerze" się nie czepnąć (czegokolwiek zapewne można), obsada wybrana została fantastycznie. Czytałam, że wujka Charliego miał początkowo grać Colin Firth, Indię Carey Mulligan, a jej matkę Jodie Foster. Dobrze, że tak się nie stało, aktualna obsada "Stokera" jest wyśmienita, innej nie trzeba. Przede wszystkim nastrojowo bardziej pasuje, szczególnie Nicole Kidman w roli Evie - jej otępiona operacjami plastycznymi twarz, nieco sztuczny uśmiech, wielka uroda przytępiona latami i nieco nieudolnie odzyskiwana, trafia w środek tarczy kiedy mówić o Evie Stoker. Foster byłaby zbyt naturalna do roli otępionej lekami i alkoholem bogatej wdowy, która nie tyle jest niepocieszona, co znudzona. Nieszczęśliwa. Nieco chyba zagubiona we własnym świecie, z którego nijak nie umie przejść od równie "własnego" świata skrytej córki.

Podobnie Mia Wasikowska jest w stanie przekazać na ekranie płynące z wnętrza jej postaci rozszczepienie, wyciszone przyczajenie, które tak obrazowo oddają sceny z jej polowań z ojcem. India Wasikowskiej na coś czeka, sama siebie do końca nie rozumie, jest obserwatorką i widz nie ma pojęcia, w którą stronę kręci się każde kółko w jej głowie. India ani razu nie sprawia, że czujemy się komfortowo, miła twarz Carey Mulligan nie spełniałaby tak dobrze tego zadania. Wasikowska nie jest miła ani przez sekundę.

Skąd więc mniej i więcej Hitchcocka w jednym zdaniu na wstępie? Z jednej strony Lirito spodziewała się dłuższego oczekiwania na wyjaśnienie. Napięcia w "Stokerze" nie buduje tajemnica "o co chodzi?", to jest oczywiste od pierwszych scen, Matthew Goode jest najlepszy z głównego tria i jego Wujek Charlie to bezbłędna kreacja, ale film jest skonstruowany w sposób, który nie pozostawia nam przestrzeni na domysły. Tutaj owe "mniej Hitchcocka" daje o sobie znać, nie mamy dylematu czy postać ma taką czy śmaką rolę, to jest pokazane wystarczająco dobitnie od pierwszych scen. Nie ma tego kryzysu woli, który budzi w nas np. Gregory Peck w "Urzeczonej" - jest szalonym mordercą czy niewinnie wrabianym bohaterem? I najważniejsze, które byśmy woleli, czy nasza sympatia zgasłaby w finale obejmującym wyjście z szaleńcem?

Matthew Goode nie budzi w "Stokerze" sympatii, tutaj może Frith miałby łatwiejsze zadanie, jak dalece nie odchodziłby od wizerunku kojarzącym się z jego sztandarowymi rolami, nie da się ukryć, Colin Firth kojarzy nam się z miłym człowiekiem. Ale Goode w "Stokerze" jest genialny, wyważony, ani razu nie przesadził, nawet jego uparty brak mrugania nie wydaje się karykaturalny.
A więc pytaniem głównym "Stokera" nie jest to o wujka Charliego, tutaj możemy się wszystkiego szybko domyślić i brawa dla Goode'a, że stworzył z postaci oczywistej kogoś fascynującego.
Zagadką jest India - jakie decyzje podejmie, co zrozumie, czego się domyśli i jak skończy się ta opowieść dla wszystkich zainteresowanych. Siłą wiodącą jest India, to nie ulega wątpliwości, jej postać staje na rozdrożach i podejmuje jakieś działania. W tym tkwi suspens i niepewność "Stokera".

Ale "Stoker" tak naprawdę jest nieco uwspółcześnioną, elegancką opowieścią prawie gotycką. Wystylizowany równie mocno, co inny film z Goodem, "A Single Man" - tam też każdy szczegół planu miał znaczenie, każdy element był dokładnie ustawiony, dorównany lub właśnie poruszony, nic nie pozostawiono przypadkowi. Ale też wszystkie filmy Parka są wystylizowane, tylko w "Stokerze" uciekano od współczesnego świata, uciekano od świata jakiegokolwiek - trochę jak w tej grze "Clue", mamy jeden dom, burzową noc i grono podejrzanych. W "Stokerze" oglądamy kilka letnich dni w jednym domu. Kilka letnich dni po pogrzebie ojca Indii, kiedy wszystko się zmienia, ale leniwie, płynnie, krok po kroku. I to jest owe "więcej Hitchcocka", powolny rozwój akcji, siła szczegółów, odrobinę gotycko - powieściowy klimat, thriller budowany na napięciu związanym z nieprzeniknioną postacią, nie duchach wyskakującymi z szafy. Żaden inny film Chan-wook Parka z Hitchcockiem się nie kojarzy, żaden.

Nie ma więc w "Stokerze" nic brzydkiego, ale też niewiele jest naturalnego i może owej naturalności trochę brak. Jak dokładnie wysmakowany jest ten film! Każde ujęcie, dosłownie każde, jest gratką, dobrą kompozycją, czymś ładnym. A łamią w "Stokerze" karki, więc nie sposób nie docenić.

Na koniec trzy sprawy:
Matthew Goode po raz kolejny. W tak dobrej roli go jeszcze nie widziałam, kiedy na zmianę był pociągającym wujkiem Charliem (jakie to perwersyjne w "Stokerze", całe to tytułowanie "wujkiem Charliem", ładny smaczek) i przerażającym, chłodnym wujkiem Charliem. Nieruchome, okropnie niebieskie oczy, niezmiennie opanowany uśmiech, ładna rola.
Muzyka Clinta Mansella, oj perełka. Atmosferę buduje pierwszorzędnie, duży dom, piwnice, ogrody, ujęcia porażające subtelnym wyczuciem a w tle ta muzyka. "Stoker" jest na swój sposób bardzo wyrafinowany i Mansell tylko to podkreśla.

Clint Mansell, Becoming...


Wreszcie zwieńczenie prostego geniuszu i subtelności reżysera, obsady, całego pomysłu, scena duetu przy fortepianie. Jedna z najbardziej niekomfortowych, ale hipnotyzujących scen, jakie zdarzyło mi się obejrzeć w kinie. I żadna erotyka łóżkowej konwencji tego jednego duetu nie przebije.

Czym więc finalnie okazuje się "Stoker"? Przesadnie wystylizowaną bajką na straszne sny? Raczej historią dwoistości, uśpienia i pewnej powściągliwej rodziny, a jak wiadomo, każda rodzina ma swoje tajemnice.

1 komentarze:

Łukasz pisze...

Film daje radę, ale dziwię się, że nie padło tu słowo o małym arcydziele go poprzedzającym - minutowym zwiastunie: http://www.youtube.com/watch?v=AWJ9TmQBvJQ

Prześlij komentarz