piątek, 22 maja 2009

"Amsterdam", czyli nieprzyjemnych ludzi ciąg dalszy.

Pierwsza była „Pokuta” – zbytnio nie bolało, chociaż zachwytów większości raczej nie podzielam.
A teraz „Amsteradam”, bo uznałam, że skoro autor tak podobno znamienitych książek zasługuje na co najmniej drugą szansę, to mogę zacząć od nagrody Bookera.
Teraz pytanie do publiczności. Czy tylko ja nie jestem w stanie poczuć choćby cienia sympatii dla któregokolwiek z postaci wykreowanych przez McEwana? Tak samo jak „Pokuta”, „Amsterdam” zniesmaczył mnie swoimi bohaterami i teraz nie jestem pewna, czy szans McEwana będzie więcej, niż dwie.
Z jednej strony można podziwiać jego wnikliwość w obnażaniu prawdziwej natury ludzkiej (oczywiście paskudnej) i dobry styl – a współcześnie dobry, ładny styl to coś wcale nie tak często spotykanego. Podoba mi się jak McEwan pisze. Szkoda tylko, że dużo mniej przypada mi do gustu to, co pisze.
„Amsterdam” jest krótką książką, zwięzłą w treści historią. Czterej mężczyźni na pogrzebie kochanki trzech i żony czwartego z nich. Dwaj przyjaciele, polityk i powszechnie nielubiany wydawca. Ich działania z następnych dni zatrzęsą czterema prywatnymi światami w sposób dość makabryczny, ale w tej makabrze bardzo mało groteskowy. Bardzo dobrze dobrany jest do książki cytat z pierwszej strony – co samo w sobie jest rzadkością, bo w połowie wypadków te cytaty to ni przypiął i wypiął.

„Przyjaciele, którzy się tu spotkali i w objęcia sobie padli, odeszli;
Każdy do własnych błędów.”
W. H. Auden, „Rozstaje”
Nie wiem dokładnie dlaczego, ale mnie McEwan jakoś nie pasuje. Wiem, że pisze o fałszywej moralności, o złej naturze ludzkiej, o skazach charakteru i błędnych, koszmarnych wyborach, wiem, że swoją książką tak mnie odrzuca, bo podłość i małość ludzi, których opisuje jest aż nazbyt realna. Ale mimo wszystko jest nieprzyjemny w sposób, którego nie mogę znieść. Zdaję sobie sprawę z tego, że żaden z tych tematów nie jest uroczy i zabawny, ale to nie w tym rzecz. W każdej historii są ciemne strony, ale odrobina ironii, jakiś błysk nieokreślonego czegoś, który inni pisarze wplatają w swoje książki, który pozwala mi na chociaż półuśmiech goryczy, McEwan postanawia omijać.
A ja czytam jego książki z grymasem lekkiego zniesmaczenia i przestrachu na twarzy.
Czy ktoś go uratuje w moich oczach?

0 komentarze:

Publikowanie komentarza