poniedziałek, 21 czerwca 2010

"Czahary", Maria Rodziewiczówna.

Młodą nacią będąc przeczytałam Marii Rodziewiczówny "Miedzy ustami a brzegiem pucharu". Jak mnie się to nie podobało! Niby interesujące, ale ckliwe, rzewne, nazbyt romantyczno-honorowe i w ogóle nie w moim guście. Moja matka lubiła Rodziewiczównę, wspominała, że jej nie doceniają, kiedy wychwalają "Nad Niemnem" zamiast niej. Moje zdanie jest takie, że Orzeszkowa i Rodziewiczówna są podobne, przy czym jednak Rodziewiczównę lepiej się czyta - możliwe, że to znak, że Orzeszkowa przedstawia większą wartość merytoryczną.

Kiedy szukałam na półce czegokolwiek, co urozmaiciłoby mi ogólny marazm, który ostatnio wziął się nie wiadomo po co i nieproszony w moim życiu, padło na "Czahary". I bardzo dobrze padło, książka mnie wciągnęła, nie dała się opuścić i zarwała paskudnie moją cenną noc snu. Podstępna taka :)

"Czahary" to mało romansowy romans - znaczy wątek wielkiej miłości jest, i owszem, jednak jest to miłość przez długi czas niespełniona właściwie na własne życzenie bohaterów.
Zofia - chyba jedyna kobieta z powieści tego okresu, która nie robi wrażenia idiotycznie wyemancypowanej (chociaż samodzielna jest), albo przeciwnie, równie idiotycznej, płochej królewny. Cud. Skłócona z rodziną stara się żyć "na swoim", co w jej czasach dla kobiety jest niełatwe - ale także nie potwornie trudne, tak naprawdę prawne kwestie są problemem, samo prowadzenie własnej ziemi nie do końca.
I jeszcze Kasjan, mój mistrz, postać, której nie sposób nie polubić. Nawrócony rozbójnik z prawdziwego zdarzenia, pokrętnie honorowy i oddany swojej pani jak wierny pies. Ale dużo humoru wnosi do "Czahar", które bez niego mogłyby trochę nudzić sztywnością i powściągliwością głównej pary.
Motold, miejscowy prawnik, jest jedną z kluczowych postaci. Chociaż robi wrażenie specyficznego księcia z bajki (no... może takiego księcia z bajki dwadzieścia lat później), jego zamknięcie w sobie połączona z rezerwą Zofii i skrytością jej świeżo odnalezionego brata, Wacława, którego losy też poznajemy w "Czaharach", jest spora szansa, że cała trójka na kartach tej książki nie odsłoniłaby ani milimetra swoich emocji i pragnień. Dlatego wspaniałym dodatkiem jest Kasjan, oraz tak pięknie kontrastująca z pierwszym planem, reszta rodziny Zofii, która rozbraja swoją głupotą na łopatki.

Tłem jest życie wsi - całkiem interesujące, jeżeli kogoś nie irytuje czytanie o wiązaniu snopków i rozwieszaniu pęt kiełbasy. Ale tak naprawdę, w porównaniu z chociażby "Nad Niemnem", codzienności jest w "Czaharach" mało. Rodziewiczówna najbardziej skupiła się na kwestiach społecznych związanych z gospodarstwami, relacjami między państwem a chłopami, relacjami między miastem a wsią i co najważniejsze, relacjami między "odrębnymi", Kasjanem, Zofią, Motoldem czy Wacławem, a resztą, która inności za bardzo nie uznaje.

Dobra książka, oczywiście bez specjalnych fajerwerków, ale z dorobku Rodziewiczówny prawdopodobnie najlepsza - cała reszta, którą starałam się przeczytać na fali umiarkowanego zachwytu "Czaharami", niestety powtórzyła moje odczucia z "Między ustami a brzegiem pucharu", ckliwe, rzewne i za dużo gadania o honorowym podejściu. Takie moralizatorskie teksty, szczególnie z dodatkiem łzawych miłości, to nie dla mnie.
Ale "Czahary" polecam bardzo.

6 komentarze:

montgomerry pisze...

Bardzo lubię książki Rodziewiczówny:) Dziękuję za przypomnienie jednej z nich:)

Pozdrawiam

papierowa latarnia pisze...

ja przeczytałam jak narazie tylko "Dewajtis", który ogólnie mi sie podobal, ale co poniektore momenty mnie smieszyly wlasnie ta wspomniana przez ciebie ckliwoscia
moze to takie czasy, ze takie okazywanie uczuc jest nam obce i wyniku tego smieszne :)

Agna pisze...

U mnie w domu mam garść jej książek. Wypadałoby zrobić matce przyjemność i sprawdzić czym się tak zaczytywała. Tak samo powinnam potraktować Kraszewskiego, Gravesa i Stendhala...za dużo tego. ^^

liritio pisze...

Montgomerry, zawsze chętne komuś coś przypomnę :)

Papierowa latarnia, no właśnie "Dewajtis" przeczytałam tuż po "Czaharach" i kontrast nie był przyjemny, jakby Rodziewiczówna w wielkim stylu wróciła do stylu rzewnej powieści.
Ale tak, na pewno mnie takie okazywanie uczuć jest obce.

Agna, nasze matki by się chyba dogadały :) z Kraszewskiego polecam "Chatę za wsią" - kolejna pod "Czaharach" książka, która według mojej matki była mocno niedoceniana, szczególnie na rzecz "Chłopów" - ale tu nie mam zdania, bo "Chłopów" nie czytałam.
A Stendhal to przypadkiem jeden z moich ulubionych pisarzy, w ogóle człowiek, którym się bardzo zainteresowałam jakiś czas temu, więc oczywiście polecam czytanie książek mamy :)

Anonimowy pisze...

Polecam "Macierz" Rodziewiczówny - książkę o prostej kobiecie, która walczy o ukochanego, o swoje dziecko, o własną godność. "Czahary", "Dewajtis", "Między ustami a brzegiem pucharu" bardzo lubię. Wracam do nich, bo opowiadają o zmaganiu się z sobą, o dojrzałości w postawie mężczyzn i kobiet, a ta trzecia o patriotyzmie wyrażanym w czynach. W swej ostatecznej wymowie nadal są aktualne. Ckliwe i rzewne? Może tylko na pierwszy rzut oka. Warto przyjrzeć się wartościom, jakie propagują. Ich odkrycie pomoże zmienić zdanie na ich temat.

liritio pisze...

Czytałam "Dewajtis", czytałam "Między ustami a brzegiem pucharu", "Macierzy" chyba nie...
Zgodzę się, że Rodziewiczówna piękne morały zawierała w swoich książkach, nie narzucała się z nimi potwornie, to jest warte pochwały.
Ale mimo wszystko uważam, że "Czahary" to jedyna jej książka, która nie wydała mi się rzewna - a teraz już nawet wiem dlaczego, po prostu część romansowa tak ckliwie Rodziewiczównie się zawsze wyklaruje, a z przeczytanych przeze mnie jej książek, jedynie w "Czaharach" romanse niuanse są zepchnięte na daleki plan.
Np. "Między ustami a brzegiem pucharu" to piękna książka, szlachetne ideały kultywuje i nie należy się nad tym cynicznie wytrząsać, co ja czasem na wyrost robię. Ale jednak, rzewność w tym siedzi i klimatem odrobinę ociera się nawet o wydaną kilkanaście lat później "Trędowatą".
Ale Rodziewiczównie z wiekiem takie duszne niepokoje i melodramatyzm przechodził, jej późniejsze książki są wyraźnie bliższe gruntu.
Teraz chętnie bym przeczytała "Rupiecie" i "Lato leśnych ludzi".

Prześlij komentarz