środa, 11 maja 2011

"Jak ukraść milion dolarów", reż. William Wyler.

Wzięło mnie na Audrey, tak jak "bierze mnie" raz na jakiś czas, kiedy czuję potrzebę odwiedzenia starych znajomych. Wtenczas sięgam bez wahania do Lauren i Bogarta, przeplatam ich z Audrey, słucham Sinatry i czytam "Wieczór w Bizancjum". Na szczęście nie wszystko naraz :)

Zwykle, kiedy odczuwam pewne braki czaru Audrey Hepburn i lat 50tych/60tych we krwi, bez pudła ląduję przed ekranem przy "Śniadaniu u Tiffany'ego" i "Dwoje na drodze". Ale ileż można, szczególnie, że kilka innych jeszcze filmów Audrey nakręciła i niedawno dopiero oprzytomniałam, że kilku z nich nie dane mi było zobaczyć. Padło więc na "Szaradę" z Cary Grantem, zdecydowanie mądrzejszy z dwóch obejrzanych filmów (czy mądrzejszy tzn. lepszy?). Ale o "Szaradzie" nie dzisiaj.
Padło bowiem również na "Jak ukraść milion". Gdybym posiadała wskaźnik wdzięku i uroku, ding!, mamy limit skali, jako że bardziej czarującego filmu już dawno nie widziałam. Od razu napiszę, że polecam absolutnie każdemu, kto chciałby przesiedzieć półtorej godziny z uśmiechem na twarzy i również potem tego uśmiechu nie stracić.

Akcja opiera się na spotkaniu pewnej dwójki:
Ona, Nicole (Audrey Hepburn), córka fałszerza dzieł sztuki, usilnie namawia ojca do porzucenia niefortunnego zajęcia na rzecz, dajmy na to, ogrodnictwa.
On, tajemniczy Simon (Peter O'Toole), złodziej, przystojny, elegancki, niebieskie oczy... Okropny człowiek :)
Kiedy fantastyczny ojciec Nicole wypożycza muzeum "cenną" figurkę Wenus, imitowaną jeszcze przez dziadka Nicole, a w niedalekiej przyszłości pojawia się widmo badań technicznych, Nicole chcąc nie chcąc postanawia ukraść figurkę z muzeum. Swoją figurkę, bo przecież cudzej by nie kradła :) Od pierwszych scen pokochałam dialogi tego filmu.

"Jak ukraść milion" to jeden z tych prostych, wdzięcznych filmów z dawnych lat, które w jakiś magiczny sposób są lekiem na całe zło. Zakończenie jest nam znane od początku, wszyscy ładnie wyglądają i nikt nie przeklina, Audrey i Peter przerzucają się złośliwymi, zabawnymi docinkami, a całość wypada tak sympatycznie, że po seansie aż chce się pójść i przytulić jakiegoś prosiaczka, albo inne niedoceniane na co dzień zwierzątko (krokodyla?), żeby świat stał się lepszy.

Nicole i Simon poznają się w okolicznościach raczej niecodziennych, on kradnie, ona strzela, a potem siedzą razem w kuchni (to taki skrót), i jak to bywa w fartownych produkcjach, między tą dwójką naprawdę można wyczuć sympatię. Zgrali się, dotarli na tyle, że opowiastka o ich znajomości jest samonapędzającym się kołowrotem wdzięcznych potyczek słownych i humoru sytuacyjnego.

A tego drugiego też nie brakuje, strażnicy w muzeum i podstępna butelka, amerykański milioner-obsesjonista z kolekcjonerskimi zapędami, ojciec głównej bohaterki... Tak, ojciec Nicole (Hugh Griffith) to idealny przykład tego, że rola drugoplanowa z łatwością przyćmi pierwszy plan, kiedy trafi się artysta. Postać ojca-fałszerza sprawiała, że roniłam łzy (krokodyle bez mała) ze śmiechu oczywiście. Niepoprawny figlarz, oddany tatuś-aferzysta, cudo!
Ale pierwszy plan też nie daje sobie w kaszę dmuchać, jak już napisałam, Audrey i Peter dopasowani zostali wybornie i tym sposobem "Jak ukraść milion" jakby samo płynie. Sam Peter O'Toole to dla mnie temat-rzeka, powściągliwy, wdzięczny, przystojny, świetny aktor... Można długo wymieniać, zostanę więc przy stwierdzeniu, że pasuje do pełnej zalet Audrey Hepburn.

Chociaż mam wrażenie, że w powyższym zachwyconym pianiu odrobinę się powtórzyłam i jeszcze wkradły się podejrzane krokodyle, morał z opowieści Liritio jest taki, że "Jak ukraść milion" to cudny film, który wylądował na zaszczytnym miejscu "jednego z moich ulubionych filmów z Audrey". Może ulubionego filmu Wylera w ogóle...? Chociaż jeszcze "Jezebel"... Tak czy inaczej, zachęcam, zaganiam, nakłaniam!

18 komentarze:

orchisss pisze...

Nie ma to jak Audrey ... Kocham ją totalnie i moim lekiem na wszelkie zło są filmy z nią. Może będę mało oryginalna, ale na zło miłosne moim ukojeniem są "Rzymskie wakacje" :) A na zło ogólne "Zabawna buzia". Audrey to definicja wdzięku i klasy :)Pozdrawiam :)

Bigosowa pisze...

Dla mnie takim ukojeniem z tych starszych filmów są "Wyższe sfery" z Grace Kelly, Bingiem Crosby i Frankiem Sinatrą. Piękno, klasa i zabawna historia. Uwielbiam:)

Chihiro pisze...

Cóż, kiedyś lubiłam ten film, oglądałam z rozrzewnieniem, ale kiedy parę lat temu włączyłam go (miałam większość filmów z A.H. na video - tak na video!) zęby mnie zabolały, jak głupiutki jest. Ale taki już urok filmów z tamtych lat, nie mają być realistyczne, a gra ma być przesadzona :) Potyczki słowne za to mistrzowskie, choć ja wolę właśnie te z "Szarady". Pamiętam jeszcze do dziś, że gdy Audrey mówi do Cary'ego Granta "Przestań mnie traktować jak dziecko", on odpowiada jej: "To przestań się tak zachowywać". Widziałam to mając chyba 14-15 lat i marzyłam przez lata, że z kimś powtórzę ten dialog, choć moja wyobraźnia nie podpowiedziała mi, którą stronę miałabym grać. Z korzyścią dla mnie i mojego związku okazja do powtórki jeszcze się nie nadarzyła :)

Peckinpah pisze...

Niestety nie pamiętam już tych potyczek słownych, a z tego filmu zapamiętałem genialną scenę kradzieży przy pomocy bumerangu :) Wiadomo, że bohaterom pomagało szczęście i zbiegi okoliczności, ale w takiej produkcji rozrywkowej nie powinno to przeszkadzać. Sympatyczna komedia, którą ogląda się wcale nie gorzej niż "Rzymskie wakacje" tego samego reżysera i z tą samą aktorką.

Audrey Hepburn jak zwykle znakomita, a Peter O'Toole miał chyba lepszą rolę komediową w o rok wcześniejszej komedii "What's New, Pussycat" u boku Romy Schneider.

A "Szarada" to znakomity film, jest w nim humor, akcja, morderstwa, intryga szpiegowska, genialna muzyka i aktorstwo. Nawet czołówka jest świetna. Kiedy jest mowa o kinie rozrywkowym to od razu przychodzi mi na myśl "Szarada".

Amicus pisze...

Czas odpocząć od "Antychrysta" ;)

liritio pisze...

Orchiss, na zło miłosne zawsze pomagało "Śniadanie u Tiffany'ego" :) Ale poza "Jak ukraść milion", "Szarada" też mnie pozytywnie zaskoczyła ostatnio.

Bigosowa, a wiesz, że "Wyższych sfer" nigdy nie mogłam obejrzeć w całości? Zawsze coś mi przerywa w którymś momencie i tak kawałkami nadal nie jestem pewna czy cały obejrzałam :)

liritio pisze...

Chihiro, kaseta vhs, klasyka :) teraz to bawi, ale wtedy!
Potyczki słowne z "Szarady" są faktycznie porównywalne, Cary Grant jest tak stateczny w swojej roli :) Ale "Jak ukraść milion" mnie na razie nie przyprawia o ból zębów, w sumie wydaje się jakby zręczniejszy od "Szarady", która ma słabsze momenty. Ale oba te filmy sprawiły mi wielką przyjemność.

A co do powtarzania dialogów, ja w "Szaradzie" widziałabym kilka odrobinę adekwatniejszych ;)

liritio pisze...

Peckinpah, bumerang mnie rozbroił tak samo, jak wspomniana już butelka. W ogóle strażnik z ogromnymi wąsami był mistrzem trzeciego planu :)
A że akurat skrzywiona jestem lekko, wolę "Jak ukraść milion" od "Rzymskich wakacji", w ogóle wolę starszą Audrey. Nie wiem czemu, ale oglądając "Rzymskie wakacje" robię się niezmiennie nerwowa i psuje mi to trochę radość z oglądania.

Jak napisałam w komentarzu do Chihiro, "Szarada" według mnie ma swoje słabsze momenty, chociaż w dużej części wznosi się na wyżynę, której "Jak ukraść milion" w ogóle nie dosięga. Scena, w której Audrey pali papierosa w ogołoconym mieszkaniu, piękne.


Logosie, od "Antychrysta" nic nie robię, tylko odpoczywam :) po Twoim wpisie przemknęło mi króciutko przez myśl, żeby obejrzeć ten film ponownie, zrewidować histeryczne reakcje (w stylu zamykania oczu), ale nie, jednak nie...

liritio pisze...

Albo ja lunatykuję i wyczyniam różne cuda nieświadomie, albo kochany blogger skasował wszystkie komentarze pod tym wpisem :( głupi.
Tak czy inaczej (może to jednak ja broję przez sen?) za siebie albo technologię przepraszam :)

Chihiro pisze...

Na innym blogu przeczytałam, że Blogger cofnął wszystko do stanu sprzed kilku dni, ale ludzie tam podobno pracują nad odtworzeniem tego, co zanikło. Zawsze myślałam, że Blogger jest lepszy od Bloxa, ale to dało mi do myślenia i chyba zacznę moje notki zapisywać gdzieś (bo teraz tego nie robię). Szlag by mi trafił, gdyby mi np. cały blog zniknął...

tamaryszek pisze...

Liritio, mam tak wyprasowany mózg, że lepiej bym się nie zabierała za komentowanie. Ale historia wpadki Bloggera wydaje mi się głupio magiczna. Może napiszę, a jutro nie będzie śladu?

Jestem zachęcona, lubię Audrey, ale nie widziałam jeszcze wielu filmów z jej udziałem. Wydają teraz na dvd różne cykliczne starocie. Może i Audrey. Na półce mam box z pięcioma filmami z nią, ale tego, o którym piszesz nie ma. Rezolutna dziewczyna: "kradnie swoje, bo przecież cudzego by nie mogła". Dobrze zakonserwowana świeżość. :)
ren
ps.
Kupiłam sobie Marai`ego - Żar.

Peckinpah pisze...

Z filmu "Jak ukraść milion dolarów" pamiętam kulminacyjną scenę kradzieży, wykonanej w dość oryginalny sposób. Niestety reszta (dialogi i role drugoplanowe) wypadła mi z pamięci. Zarówno Audrey Hepburn jak i Peter O'Toole to aktorzy wszechstronni, utalentowani i charyzmatyczni, więc nie mogli zawieść. Reżyser William Wyler to zaś twórca, nadużywający w swoich filmach patosu i sentymentalizmu, którego styl pasuje do dramatów, więc ta komedia oraz np. "Rzymskie wakacje", zawdzięczają swój urok, wdzięk i lekkość przede wszystkim aktorce, Audrey Hepburn, a nie reżyserii.

Cytat: "Tak, ojciec Nicole (Hugh Griffith) to idealny przykład tego, że rola drugoplanowa z łatwością przyćmi pierwszy plan, kiedy trafi się artysta."

Racja, Hugh Griffith nawet zdobył Oscara za rolę drugoplanową, w słynnym "Ben-Hurze", gdzie zagrał szejka. Ale może wtedy miał zbyt słabą konkurencję.

Pozdrawiam.

liritio pisze...

Chihiro, jak przywrócą to będzie miło, ale... zostanie ta niepewność, co też mi zniknie kolejnym razem.
Uważam, że blogger jest lepszy od bloxa pod względem codziennego użytkowania, nie wiesza się, nie kasuje nic, co przed chwilą powstało, ale też bezbłędny nie jest.
W ogóle nie wyobrażam sobie, żeby to wszystko przepadło, co napisałam. A już co gorsza, gdyby przepadło to wszystko, co Ty napisałaś, o nie, zapisuj zapisuj :)

liritio pisze...

Tamaryszku, to prawie jak dzień świstaka, piszesz, nie ma, znowu piszesz, znowu nie ma, i tak na okrągło :)
Wyprasowanego mózgu współczuję, proponuję terapię z którymkolwiek z pięciu filmów z Audrey, mnie na dolegliwości umysłowe pomaga. Akurat "Jak ukraść milion" jest chyba mniej znany, niż inne, ale równie cudny.

I "Żar" czytaj! Jak znajdziesz ochotę, wtedy czytaj, a potem napisz coś tak wnikliwie, jak Ty to potrafisz. O ile będzie coś do napisania, poczekam :)



Peckinpah, Hugh Griffith najbardziej przypominał mi Pana Kleksa z dziecinnych lektur, pasowałby do roli idealnie.
"Ben-Hura" nigdy nie oglądałam, ale za filmami Wylera w sumie nie przepadam. Tzn, wspomniana w tekście "Jezebel" bardzo mi się podobała, ale to ponownie zasługa raczej aktorów, Henry Fonda był genialny, a w przypadku Bette Davis genialność jest oczywista :)
Natomiast do filmów Petera O'Toole złapałam wenę
i już sprawdzałam, że uda mi się zdobyć "Lawrenca z Arabii", "Lwa w zimie" i wspomnianego przez Ciebie w skasowanych komentarzach "Co słychać, koteczku?".

Logos Amicus pisze...

A już się zacząłem zastanawiać, co też takiego strasznego napisałem, że liritio skasowała mój komentarz :)
A przecież wyraziłem w nim tylko tęsknotę za tym, by odpocząć od "mojego" "Antychrysta".
A może nawet wspomniałem o mojej nostalgii za dawnym dobrym kinem?

PS. Pozwolę sobie jeszcze tylko zauważyć, że onegdaj ten tytuł robił bez porównania większe wrażenie, jak dzisiaj.
Bo dawniejszy milion dolarów, to jak... jakieś 50 milionów dolarów dzisiaj.

liritio pisze...

Logosie, nie wspomniałeś o nostalgii :) (proszę, Wasze komentarze w oczach mi stoją)

A deprecjacja pieniądza jako czynnik umniejszający efekt filmu, to ciekawa koncepcja ekonomiczna :)

Logos Amicus pisze...

Nie wspomniałem o nostalgii?
Może dlatego że nostalgia sugerowałaby pana w... hm... w pełni dojrzałym wieku? ;)

PS. Zdeprecjonowany pieniądz pociągnął za sobą tylko deprecjację tytułu - nie całego filmu.
I chyba nie tyle jest to koncepcja ekonomiczna, co filmowo-krytyczna :)

liritio pisze...

A tam w dojrzałym wieku, nostalgia rzecz wcześnie nabyta :) u mnie objawiła się po raz pierwszy za oranżadą w proszku i gumą donald, naście lat miałam, to nie był dojrzały wiek :)

A koncepcje ekonomiczne widzę już wszędzie, sesja się zbliża, praca się jakoś sama nie pisze (głupia praca), gdzie nie spojrzę, tam teorie wzrostu ekonomicznego :)

Prześlij komentarz