
Wiem, że sezon serialowy, który rozpoczął się raptem dwa tygodnie temu, został już w każdą stronę podsumowany i przedyskutowany. Ale jednak o serialach bym chciała napisać i ja, bo serialową panienką jestem już od kilku lat. Chociaż - o dziwo - do wieku zaszczytnego, dwudziestoletniego, broniłam się przed serialami zębami i pazurami. A potem, nagle, już nie.
Wrzesień przeminął, edukacja szkolna ruszyła na dobre (co gorsza, właśnie rusza także akademicka, a mnie się oczywiście nie chce), należy kaganek oświaty wspomagać. Dlatego też, drogie dzieci, nie-dzieci, ale starsi z duszą dziecka albo i bez, przypomnimy sobie dzisiaj przypadki. Że przypadków jest siedem, trochę nam to zajmie.
Mianownik, kto, co rządzi w tym sezonie? O dziwo "Castle". Pierwsze odcinki trzeciego sezonu nie opuściły poziomu, chociaż również go nie podwyższyły. Beckett ma dziwne włosy, ale postaram się jej to wybaczyć, Castle uroczy jak zwykle, chemia między nimi działa, postaci poboczne bawią mnie nadal i aż chce się oglądać dalej. A zagadki równie zagadkowe, co wcześniej (czyli zagadkowe średnio, ale wystarczająco). Szokuje mnie fakt, że na "Castle" czekam najbardziej, bo ani tego typu seriale nie wciągają mnie jakoś specjalnie (wszelakie "Bones", "CSI", "Criminal Minds", "The Mentalist"... ani, ani), a wszystkie moje kochania serialowe nie powinny się popsuć (ale się spsuły). I tym sposobem "Castle" wylądował w mianowniku.
Dopełniacz, kogo, czego bardzo mi brak? Jest seria, zakończona jeszcze w 2008 roku, ucięta po pierwszym sezonie. I ja się pytam, dlaczego!? "Moonlight", wyjątkowo się wpisuję tym w wampirze trendy, wampir - detektyw, młody (no, prawie...), zdolny, atrakcyjny. Do tego piękna dziennikarka i jej narzeczony - prokurator, była żona wampira, mocno obsesyjna na jego punkcie (wątek wyjątkowo podobny do tego w późniejszym "True Blood") i mój ulubieniec oraz wisienka na torcie, przyjaciel głównego wampira, oczywiście również krwiopijca. Czarujący i złośliwy milioner, taka urocza zaraza :) Że główny bohater był trochę zbyt szlachetny jak na moje gusta, drobnostka, bowiem postać jego kolegi wynagradzała mi z nawiązką niektóre odrobinę zbyt mydlane zgrzyty. Akcja nie była zła, więcej, coraz ciekawiej się rozwijała. Ja, szczęśliwa jak prosię na deszcz, skończyłam pierwszy sezon, sięgnęłam łapką po drugi, macam, macam, a tam pusto!! Nie ma wcale...
Celownik, komu, czemu powinno się obciąć uszy za karę? (jak celownik, to celownik) Przede wszystkim House'owi. Doktorowi House'owi, któremu jeszcze cztery lata temu gotowa byłam urodzić siódemkę dzieci i każde nazwać Lupus! Pierwszy odcinek siódmego sezonu osłabił mnie całkowicie. Nudny House i Cuddy, nudny przypadek, nudna Trzynastka i Foreman, Tauba nawet nie pamiętam, a Wilson jakby sam siebie zmuszał do trzymana się w roli. Jedynie Chace broni się, jak zawsze. To mógł być sezon - hit, wielki powrót po średnio udanych seriach poprzednich kilku, ale coś nie wyszło i po pierwszym odcinku dziękuję bardzo. Może obejrzę jeszcze ostatni.
Biernik, kogo, co odznaczyłabym orderem z buraka cukrowego? "Lie to Me" - takiej bzdury dawno już nie widziałam. I to bzdury poważnej, bzdurnej całkowicie i przez duże "Be". "Lie to Me" to nie byle jaka Bzdura, miejcie to na uwadze. Serial proceduralny, bardzo eleganckie przestępstwa naszpikowane kłamstwami do odczytania plus schemat przeciętnych postaci - całkowicie papierowych i banalnych. Obejrzałam dwa odcinki i prawie udusiłam się ze śmiechu. Śmiechu bardzo dyskretnego, bowiem nie można z takiego serialu jak "Lie to Me" śmiać się równie otwarcie, co z "Mody na sukces" czy "Klanu"! Uśmiałam się z tych idiotycznych wstawek do rozmów, kiedy jeden pan mówi tekst-puentę na koniec, a jego rozmówczyni odpowiada "pokazałeś smutek" (w sensie, że na twarzy). Może moje ubawienie jest irracjonalne i ten serial ma drugą, inteligentną stronę, ale mnie dialogi w stylu "pokazała strach" doprowadzały jedynie do pokazywania skrajnego rozbawienia.
Narzędnik, kim, czym zadziwiam sama siebie?"Plotkarą" i "Glee", przy czym nie wiem, którym bardziej. Serial o dzieciach z Upper East Side, które mają problemy dorosłych i ich rodzicach, którzy mają problemy wybitnie dziecinne. Ale wszyscy są ładnie ubrani, wymieniają się złośliwymi dialogami a intryga goni intrygę. Do tego serial o dzieciach z liceum, które fajnie śpiewają, oblewają się napojami z dystrybutora i od czasu do czasu wydrapują sobie oczy. A jednak dziwnie się czuję, śledząc z uwagą całkowicie abstrakcyjne losy bohaterów "Plotkary" - której scenarzyści chyba ściągają z "Mody na sukces" ostatnimi czasy. Równie dziwnie się czuję oglądając serial o śpiewaniu w liceum. Przecież z założenia to powinno być głupie, a jak przeczytałam opis "Glee", uznałam, że w życiu tego nie obejrzę. I proszę.
Miejscownik, o kim, o czym najchętniej bym napisała mnóstwo pochwalnych zdanek, gdyby nie to, że czas antenowy tych seriali skończył się lata temu?
"Seks w wielkim mieście", "Przyjaciele" i "Na wariackich papierach" (młody Bruce Willis, marzenie). Odcinki "Seksu..." znam na pamięć, mam wszystkie i czasem do nich wracam, śmiejąc się w kółko z tych samych linijek i niezmiennie pochłaniając jakieś jedzenie, jako że i sławne cztery panie w kółko coś jedzą.
"Przjaciele" są genialni i kropka. Chandler jest podwójnie genialny i go kocham. I też kropka.
A "Na wariackich papierach" to serial tak wdzięczny i pełen prześmiewczych odniesień do przemysłu filmowego, że aż miło do niego wracać. Pierwsze dwa sezony to prawie poważny serial o agencji detektywistycznej, a kolejne to narastająca autoironia. Nie zaprzeczę, że kontynuacje są gorsze, niż te dwa pierwsze sezony, ale tak czy siak, młody Bruce Willis to argument nie do zbicia. I ta piosenka z czołówki! Ach, wakacyjne powtórki w telewizji przypominają się same.
Wołacz... O Hanku Moody! (Californication) O Peterze Burke! (White Collar) Gdzie jesteście, kiedy Was potrzebuję! I dlaczego wracacie dopiero w styczniu...?
Kończąc nieco przydługi wywód, piosenka, której nie można nie znać.
"Moonlighting" Al Jarreau.
Ja mogę z nią w ciemno iść nawet na karaoke, odkąd miałam naście lat jeszcze nie zapomniałam.
PS. Przypisując tagi dotarło do mnie, że to wszystko są amerykańskie seriale. Niedobrze. Ale inne też znam, tylko... No niestety inne, w przypadku seriali, często znaczy gorsze.