niedziela, 10 kwietnia 2011

A. X. L. Pendergast.

Lucas Corso z "Klubu Dumas", Bohun z "Ogniem i mieczem", Pablo z "Najlepsze, co może przytrafić się rogalikowi"... Don Pedro z Krainy Deszczowców :) Jak ma mi wystarczyć uczuć na rzeczywistych panów, skoro fikcyjni są tacy wspaniali? Facebookowe grupy obwiniają bajki Disneya za przerost oczekiwań wobec mężczyzn, ja nie obwiniam nikogo i owego przerostu raczej nie mam, ale nie zmienia to faktu, że w filmach kocha się aktorów, a z książek wynosimy zauroczenie swoją własną wyobraźnią. W moim przypadku znacznie silniejsze, niż jakimkolwiek aktorem.

Agent specjalny Pendergast, dołączył już lata temu do mojej "kolekcji". A że przy okazji jest bohaterem całkiem dobrych książek, kilka słów na zachętę nie zawadzi.

Duet Preston i Child stworzył sporo książek wspólnie - panowie piszą również w wersji solo - spośród których czytałam tylko te z udziałem Pendergasta - wiadomo, kobieta zakochana pójdzie za swoją miłością na koniec świata.
Przypadkiem trafiając w początek serii zaczęłam "Reliktem" w nowojorskim Muzeum Historii Naturalnej. Zmutowany morderca w podziemiach muzeum, brzmi idiotycznie, ale książka jest jak najbardziej warta polecenia, lepszej z gatunku thrillera o mutancie w podziemiach nie znajdziecie :) Rzutem na taśmę przeczytałam więc "Relikwiarz", gorszą, ale nadal w miarę dobrą kontynuację "Reliktu", której akcja przenosi się z muzeum w tunele nowojorskiego metra.

Już znacznie później trafiłam do Kansas, dusznej dziury o nazwie Medicine Creek, w "Martwej naturze z krukami". I jest to zdecydowanie najlepsza część o Pendergaście, podejrzewam, że może to być ich najlepsza wspólna książka w ogóle.
Powrót do Nowego Jorku z "Gabinetem osobliwości" nie był bolesny, ustawiłabym go na trzecim miejscu w kolejce jakości, ale jednak od "Reliktu" i "Martwej natury z krukami" dzieli go trochę. W "Gabinecie..." widać początki tego, co później mocno osłabiło poziom cyklu z Pendergastem, czyli przerost kreatywnej wizji autorów nad samą konstrukcją akcji.
Napisana po "Martwej naturze z krukami" trylogia o zmaganiach Pendergasta z diabolicznym bratem, Diogenesem (jeszcze całkiem znośna "Siarka" i już ciężki "Taniec śmierci" oraz "Księga umarłych") mocno osłabiła mój zapał do czytania tworów tandemu Preston-Child. W sumie jestem w tyle o trzy ich książki z Pendergastem i nie umiem stwierdzić, czy panowie wracają do początkowego, prawie że ścinającego z nóg poziomu.

Jednak książka dobra czy zła, agent Pendergast pozostaje mistrzem. Enigmatyczny, dziwaczny mężczyzna z niemożliwym do wypowiedzenia imieniem, posiadający rozległą wiedzę na zaskakujące tematy, zawsze na czarno, zawsze kulturalny, zawsze irytująco pewny siebie. Oczywiście najbardziej urzekają mnie jego uprzedzająco grzeczne, cięte riposty i niezmiennie kamienna twarz. I dziwactwo wrodzone, jak już podsumowano mnie wiele razy: "lubisz takich krzywych...". Pendergast to z jednej strony świetny detektyw, chłodny umysł i szybka ręka na kolbie pistoletu. Z drugiej jest kolejnym wykorzystaniem typu mężczyzny z przeszłością, samotnego jeźdźca z charyzmą, którego mało co zbija z tropu. Ale daleko mu do bohaterskich popisów, co raczej ciężko bym znosiła, bardziej przypomina stojącego z boku obserwatora z własną sprawą w myślach, czasem aż nieludzkiego w decyzjach.

Wrócę więc do tej najlepszej, "Martwej natury z krukami", jakbyście chcieli zacząć przygodę z Pendergastem, jakbyście chcieli coś przeczytać, właściwie to jakbyście chcieli cokolwiek, i tak mogłabym Wam wskazać właśnie "Martwą naturę..."

Gorące miasteczko w Medicine Creek, którego życie zamiera, zaciera się w kurzu i upale Kansas. Wstrząsające morderstwo w polu kukurydzy (spokojnie, kosmitów nie ma) stawia na nogi opinię publiczną miasteczka (w postaci jednego niedzielnego dziennikarza, jednego szeryfa i tłumu plotkar). Dość makabrycznie upozowane zwłoki poszukiwaczki skarbów to jedno, ale leżąca na szali inwestycja w genetyczne modyfikacje kukurydzy, której realizacja zaczyna wymykać się Medicine Creek na rzecz konkurencyjnej dusznej dziury, to znacznie poważniejszy problem. Podejrzanych teoretycznie nie ma (kto mógłby coś tak makabrycznego zrobić?), w praktyce jest aż nadto.

I jeszcze ten tajemniczy facet w czerni, który przybył jakby znikąd, główny podejrzany czy odrobinę oryginalny wybawiciel? Agent FBI Pendergast, którego prośba o befsztyk tatarski jest najdziwniejszym, co od lat przytrafiło się w miejscowym barze. Pendergast, który mało mówi, a jak już, pozostaje wybitnie powściągliwym i ciut przemądrzałym rozmówcą. Razem z odrobinę mroczną i niespecjalnie szczęśliwą duszyczką, Corrie Swanson, miejscową outsiderką, którą zatrudnia w charakterze szofera i przewodnika, starają się wywrócić podszewką do góry uśpione Medicine Creek. A z czasem, z kolejnymi równie osobliwymi zbrodniami staje się jasne, że psychopata naprawdę jest wśród nich.

Lubię thrillery z napiętą atmosferą, a duszne, klaustrofobiczne miasteczko nawiedzane przez burze piaskowe, to sceneria idealna do mrocznej historii. "Martwa natura z krukami" to taka książka, przez którą zarywa się noc. I nie będzie przesadą napisać, że nie tylko ma świetnie przemyślaną akcję, ale jest do tego naprawdę wyjątkowo dobrze napisana i przetłumaczona. I oczywiście ma Pendergasta...

0 komentarze:

Publikowanie komentarza