poniedziałek, 21 stycznia 2013

"Grzechotka", Joanna Jodełka.

Uff, w końcu dobrze trafiłam i wreszcie się cieszę. Po książkę Jodełki sięgnęłam bez przekonania, ale też bez niechęci, ot ostatnio mam humor na lżejsze kryminały, a to wiadomo, trafia się różnie.

"Grzechotką", ku mojemu zaskoczeniu, trafiłam bardzo dobrze i teraz na książki autorstwa Joanny Jodełki będę polować, połączyła bowiem wciągającą fabułę z porządnym stylem, a tego już dawno w polskiej literaturze rozrywkowej nie uświadczyłam. Ostatnio chyba przy Miłoszewskim (właśnie, jego ostatnia książka mnie ciekawi, a w bibliotece ciągle kolejka zamówień, poczekam sobie...). Niedawno spodobało mi się pisanie Fryczkowskiej, ale fabuła mnie ostatecznie zawiodła, a cudowna Joanna Bator, co by nie mówić, lekkich książek nie pisze. Świetne, owszem, lekkie absolutnie nie.

Tutaj zaczynamy tajemnicą, pewna Edyta budzi się u siebie w wynajmowanym pokoju i z przerażeniem odkrywa, że już nie jest w ciąży, że ktoś ukradł jej dziecko. Dzieciobójstwo? Jakaś inna tragedia? Dalej idzie szybko, poznajemy oderwane od siebie kolejne osoby związane w różny sposób ze sprawą, w tym Weronikę Król, poniekąd główną bohaterkę, panią psycholog, która teoretycznie ma pomóc policjantowi prowadzącemu śledztwo w kontaktach z Edytą (do czego niespecjalnie się pali).

Akcja sama w sobie nie tyle jest skomplikowana, co podzielona między wielu graczy i kolejne skrawki całej historii składają się w pewną całość wraz z kolejnymi stronami książki, żeby w finale zamknąć historię małym bum.
I czy należy spodziewać się wielkich zaskoczeń? Nawet nie, raczej sprawie poprowadzonej intrygi, która ma wiele stron i dla policjanta jest początkowo wielką niewiadomą. Policjant jest raczej poboczny, chociaż to on prowadzi śledztwo, Weronika nie bawi się w detektywa - amatora, po prostu znajduje się w różnych właściwych miejscach z różnych, często niewłaściwych przyczyn.
Ale akcja jest spójna, dość skromna i konkretnie poprowadzona, tym się wzruszyłam, "Grzechotka" to kryminał codzienny, podwórkowy. Poznania nie znam zbytnio, ale w wielu miejscach ładnie opisane jest z różnych stron miasto, w którym znalazło się miejsce i dla przyjezdnej Edyty, jej ładnej koleżanki Marty, dla pewnej gburowatej kobieciny z domu Pomianowskiej, dla przepitego ginekologa bez uprawnień, dla notariusza maminsynka, dla wróżki - finansistki, właściciela baru na Żużlu, pani psycholog o hiszpańskiej urodzie i jej dawnej znajomej, Gośki, rozwódki po liftingu na tropie historii - nokautu, która zapewni jej przepustkę do dziennikarskiej kariery.
Lubię tak bez wysiłku wchodzić w świat z książki. Kiedy opisana jest mała, obskurna kawiarenka, w której zmęczony policjant i wiecznie zestresowana Weronika niechętnie się spotykają, a ja w tej kawiarence mogę być z nimi i nie muszę wysilać wyobraźni, żeby scena z książki miała ręce i nogi.

"Grzechotka" jest więc napisana bardzo składnie i wciąga niepostrzeżenie, a konstrukcja bohaterów jest może oszczędna, ale nie przeszkadzało mi to widzieć ich bardzo wyraźnie. Zróżnicowaniem kolejnych osób też się cieszyłam, w ogóle mnie lektura "Grzechotki" bardzo pozytywnie zaskoczyła. W szczególności to, od czego zaczęłam, czyli nawet jeśli sama fabuła nie jest może najbardziej interesującą historią, jaką w tym roku przeczytam - co nie znaczy oczywiście, że jest zła, skądże - sposób w jaki Jodełka pisze nie pozostawia wiele do życzenia.
A wierzcie mi, ostatnio miałam ciężkie przejścia z polskimi autorkami, których ukoronowaniem była książka tak zła! Aż byłam zdziwiona, że ktoś naprawdę to napisał a potem jeszcze dał radę wydać.
Ale tamto było tasiemcowym czytadłem i mam za swoje, zamiast sięgać po sprawdzone nazwiska i tytuły zachciało mi się "nowego", a trafiłam drastycznie źle. Oficjalnie mogę stwierdzić, że "Kobiety z odzysku" Izabelli Frączyk to książka tak niedobra, ale tak zaskakująco marna... Miejscami w jakiś niezdrowy sposób aż fascynuje, jakiż to umysł napisał twór jednocześnie pełen zwrotów akcji i iście telenowelowych zabiegów, a przy tym tak potwornie nudny, łopatologicznie skonstruowany i naprawdę... No zaskakująco zły.
Czasem wspominam, blogi są od tego, otwiera się przeglądarkę, zakłada swoją stronkę i bach, bach, bach, można zapisać całe internety taśmową marnością. Ale słowo drukowane powinno mieć wartość, może jestem w tym momencie jakaś dziwna, ale papier Liritio szanuje, a przy tworze Izabelli Frączyk aż zęby bolały. A te drewniane żarty...! Całkiem poważnie mówię, przy "Kobietach z odzysku" naprawdę łapałam się za głowę.

Czyli Joanna Jodełka zapisana zostaje w pamięci i może jaśnieć w powodzi książek złych i gorszych, oczywiście nie tylko polskiego autorstwa.

0 komentarze:

Publikowanie komentarza