piątek, 24 kwietnia 2009

„Lituma w Andach”, czyli prawie jak dobrzy, źli i brzydcy, tylko bez smaku.

Ciągle mam w pamięci to, że zaczynając pisanie bloga chciałam zamieszczać tu recenzje głównie książek hiszpańskich. Wyszło jak zwykle, skoro robię coś zupełnie innego, ale nieszczęsne hiszpańskie i iberoamerykańskie dzieła epokowe, albo trochę mniej epokowe, czekają na swój szczęśliwy dzień.

W każdym razie kolejny Vargas Llosa wpadł w moje ręce po raz pierwszy już jakiś czas temu, kiedy mi odbiło i zaczęłam ścigać nagrody Premio Planeta. I powiem szczerze, że chociaż „Lituma w Andach" to książka, hmm... Że dobra, to jasne, w końcu Vargas Llosa złych książek nie pisze, oczywiście - teraz kiwacie głowami i mamroczecie „oczywiście" ;) - ta akurat zbytnio mnie nie zachwyciła. Chyba tego specyficznego ostrego wydźwięku zabrakło, czegoś, co mnie w pisarzach iberoamerykańskich i hiszpańskich niesamowicie pociąga. Chociaż rozumiem, że nagrodę ową „Lituma w Andach" zgarnęła.

W tej książce ważniejsze od akcji jest przedstawienie gór i pewnego hermetycznego społeczeństwa, które, chociaż cywilizowane, w wyniku odseparowania od świata w małym miasteczku Naccos, oraz z powodu ciągłego strachu przed terrucos (partyzanci Świetlistego Szlaku) zamienia się w małe, uśpione bestyjki, które w każdej chwili mogą się obudzić. I właśnie wśród tych odrobinę skrzywionych górników andyjskich (pokażcie mi książkę iberoamerykańską, w której występują „normalni" ludzie) kapral Lituma i jego zastępca Tomas prowadzą śledztwo w sprawie tajemniczych zaginięć. Idzie im świetnie - ironia - a że psychicznie wykańcza ich obawa przed śmiercią z rąk terrorystów, którzy dla policji nie znajdą krztyny litości, to właściwie idzie im jeszcze gorzej. Noce urozmaicają sobie historią miłości Tomasa do pięknej Mercedes (historią zadziwiająco jak na Vargasa Llosę pospolitą i przewidywalną), a dni... Dni sobie nie urozmaicają, zamiast tego starają się wyciągnąć z wrogo do nich nastawionych mieszkańców Naccos jakiekolwiek informacje o zaginionych mężczyznach. Zapewne dzięki niesamowicie dokładnemu przedstawieniu surowego świata gór i malutkiej społeczności, „Lituma w Andach" otrzymała Premio Planeta. Vargas Llosa pod względem charakterystyki życia w peruwiańskich Andach spisał się na medal, poskładał wszystkie elementy w bardzo interesującą całość, od surowości samej przyrody, na warunkach życia w ciągłym strachu kończąc, wszystkie te obrazki „Lituma w Andach" zapewnia. To lepsze niż wycieczka z przewodnikiem, bo od strony podszewki. Naprawdę ze względu na opis Andów warto po książkę sięgnąć i poczytać o pomieszanej religii i normach społecznych w małych wioskach, o historii Inków, o kraju, w którym turyści, przeciwnicy ruchu robotniczego i wszyscy, którzy ludem robotniczym nie są, mogą w każdej chwili dostać kamieniem. Dosłownie, i to niejednym. Ja czytając „Litumę w Andach" czekałam na krótkie wstawki, taki historyjki na marginesie o koszmarze życia z terrucos za każdym krzakiem, ale jak dla mnie było ich za mało.

Co mnie uderzyło w tej książce, to nadzwyczaj monotonna i taka - nudna to może złe słowo - mało pokręcona akcja. Jakby Vargas Llosa nie miał natchnienia do kontynuowania głównego wątku i wolał schodzić na pobocza historii. Senora Adriana i Dionisio, para prowadząca karczmę, powinni być ciekawi. A nie są, mimo że Vargas Llosa dorobił im odlotową historię. Właśnie kilka tego typu dziwnych detalów tej książki mnie rozczarowało. Jak mu się udało wymyśleć interesującą i skomplikowaną fabułę, dorobić tłum teoretycznie nietypowych postaci, spleść to wszystko w jedną, spójną całość, razem jeszcze z fragmentami o Andach, a mimo to nie dodać do tego wszystkiego odrobiny ironii? Tego charakterystycznego dla Vargasa Llosy sarkazmu i goryczy, ale z przymrożeniem oka, które zamienia jego książki w słodko gorzkie opowieści o dziwach Ameryki Południowej. Nie mam pojęcia, dlaczego tak wyszło, ale z tego powodu „Lituma w Andach" to według mnie jedna z gorszych książek Vargasa Llosy.

0 komentarze:

Publikowanie komentarza