
Według mnie sukces tego filmu polega przede wszystkim na jego normalności. Nie ma w nim klasyki hollywoodzkich komedii romantycznych, gdzie love conquers all. Nie ma szalonych rajdów do sceny w kościele – wszyscy je znamy, kiedy on albo ona, w ostatniej sekundzie robią COŚ. Jakby nie mogli dzień wcześniej. Nie ma w nim wielkiej historii miłości, ale samej miłości jest w nim pełno. Głupiej i mądrej, dojrzałej i nie.
Świetnym pomysłem było zestawianie dwóch kontrastowych nastrojów głównego bohatera. Najpierw lata sobie taki zakochany, żeby chwilę później przeklinać Summer w każdy możliwy sposób.
Mam wrażenie, że każdy odnajdzie coś znajomego w jakiejś scenie tego filmu. Chociażby, nie mogłam się nie śmiać, kiedy jedna rozmowa w windzie była dla Toma pełna znaków. Jakbym ponownie znalazła się w liceum i wysłuchiwała o różnych "znakach”, które widzą moje koleżanki, a sama nie byłam lepsza od nich.

I nie mogłam nie pomyśleć, że takich historii, jak ta Toma i Summer widzę codziennie tysiące. Widzę je w różnych stopniach zaawansowania, ale wszędzie.
Najwyraźniej sporo się namyślałam na tym filmie.
Oczywiście, że jest przewidywalny. I oczywiście, że nie poraża oryginalnością scenariusza czy wykreowanych postaci. Ale przynajmniej i ta historia, i jej bohaterowie, nie przyprawiają o zawrót głowy wyobraźnią producentów. Ot, taka sobie opowieść. W sumie bardzo optymistyczna – skoro jednak film przekazuje, że miłość jest i może skończyć się happy endem. Tylko nie zawsze wtedy, kiedy się tego spodziewamy.

Natomiast byłam zaskoczona, jak bardzo spodobał mi się Joseph Gordon-Levitt. Bardzo dobre wrażenie robi i moim zdaniem jeszcze o tym facecie będzie głośno.
Co jeszcze... Wyraźnie widać, że Webb nie traktuje tej całej historii poważnie, trochę się nią bawi, robi sobie jaja z własnych bohaterów i z innych romantycznych komedyjek. I fajnie, bo nie przesadza w żadną stronę. Prowadzi ten film lekko, ale jednak nie pozostawia go pustym, płytkim.
Sama nie wiem. Mnie się podobało i chociaż nie jest to film epokowy, przełomowy czy w jakikolwiek sposób wyjątkowy - gwarantuje za to przyjemną rozrywkę w niegłupim towarzystwie. I o to chodzi.
A C. uznał, że ten film jest głupi. Ale co on tam może wiedzieć :)
6 komentarze:
Przyjemny film :) To prawda, że nie żadne epokowe dzieło, ale miła rozrywka nie tak całkiem ogłupiająca jak wszelkie komedie romantyczne. Tyle tylko, że ja jakoś nie lubię Zooey Deschanel ;)
Mnie też się podobał :) Świetna muzyka, miła rozrywka :)
Uwielbiam ten film, był jak powiew wiosennego wiatru w zimowy i bury dzień. Świetna konstrukcja scenariusza pomogła uniknąć zbanalizowaniu zwykłej historii. Przypadek Toma i Summer jest zwyczajny, ale życie przecież takie jest.
Zaliczyłam fazę na Josepha Gordona-Levitta. Pomimo, że fizycznie stanowi skrzyżowanie Heatha Ledgera i Mortena Harketa z grupy A-ha, to widzę naprawdę ciekawego aktora. Czekam na "Incepcję" Nolana, gdzie oczywiście zagrał. ;). Na szczęście nie ogranicza się tylko do grania, wystarczy zajrzeć na stronę www.hitrecord.org
Czy każdy film musi być przełomowy i wbijający z fotel aż do jądra ziemi? Czasem potrzebuję zobaczyć w nim nieco upiększone odbicie, ale jeszcze prawdziwe. Dla refleksji, śmiechu i mile spędzonego wieczoru.
Lilithin, no cóż, najwyraźniej nie jest w Twoim typie ;) mnie się podobają jej oczy. I jakiś taki urok ma. I w miarę niski głos, nie cierpię aktorek, które piszczą jak zażynane pchełki.
Aerien, muzyka faktycznie przyjemna :) może trochę nie moje klimaty, ale nawet mimo to.
Agna, ja się całkowicie z Tobą zgadzam, że nie każdy film musi być przełomowy, to by bylo nawet niewskazane - tak samo jak książki, czasem czytasz te ważne, a czasem to po prostu zabawne. To w końcu też rozrywka.
A Joseph Gordon-Levitt nie jest podobny do Ledgera według mnie. Ale ja jestem może spaczona, co innego do Harketa. Chociaż Harket trochę odbija w kierunku Swayze.
Widziałam wiele filmów z Josephem, nawet wspólny z Ledgerem i czasami podobieństwo leżało jak na dłoni. Dużo zależy od aktualnego wizerunku, ale JGL w gestach, czy stylistyce czasem przypomina mi zmarłego Australijczyka.
Przyznam, że nie analizowałam urody Harketa pod kątem Patricka. ;)
Agna, oni mieli jakiś wpólny film? Nawet chętnei bym zobaczyła :) mnie Harket bardzo przypomina Swayze i nic na to nie poradzę :D
Ale JGL (jaki to wygodny skrót) jest bardzo z mimiki podobny do tego Harketa, faktycznie.
A Ledgera jak zawsze szkoda.
Prześlij komentarz