czwartek, 1 października 2009

"Bóg pali cygara", czyli romans, któremu nawet ciągłe zapalanie papierosa nie dodało charakteru.

Agnieszkę Bojarską znam tylko z jednej książki, de facto o Wildzie i Bosiem. Nie podobała mi się, ale nie o tym dzisiaj. „Bóg pali cygara” został przeze mnie przeczytany jakby z konieczności, gdy w odległym kraju, w którym mówią po żabiemu, znalazłam się nagle i tylko z jedną książką w torebce. Dzięki Bogu była tam inna panienka z Polski, która czytała właśnie „Bóg pali cygara” – czytałam więc i ja. Szczerze przyznam, że trzeba było lepiej nauczyć się francuskiego… Wtedy mogłaby chociaż kartkować ogromny zbiór książek C.
Ja rozumiem, że temat osamotnienia w tłumie i różnych bólów egzystencjalnych, szczególnie na tle historii miłosnej, sprawia wrażenie idealnego materiału na książkę. Ale źle mi się robi, kiedy czytam kolejną z rzędu historyjkę, która jest dokładnie taka sama, jak milion innych. Kiedy popularne stało się wydawanie książek o niczym, które nie przybliżają nawet najmniejszej myśli twórcy na temat? Mój główny zarzut do wielu książek jest taki, że ich autorzy właściwie nie mieli nic ciekawego do powiedzenia. A jak się nie ma nic ciekawego do powiedzenia, to z zasady należałoby się zamknąć. Szczególnie, kiedy w dobie Internetu można założyć bloga.
„Bóg pali cygara” przedstawia nam rosyjską emigrantkę w Paryżu i faceta, który już – odkąd mieszka we Francji – nie czuje się Rumunem. I tak… Ona jest poszkodowana przez los, on również. Ale najwyraźniej żadne z nich większych wniosków z tego nie wysuwa, natomiast oboje plotą trzy po trzy w swoich monologach, głównie o bólu egzystencji. Z założenia miało być chyba cynicznie, wyszło zdecydowanie histerycznie i mętnie. Jakby historię swojego życia opowiadała para recydywistów na prochach. Oczywiście jest i miłość, a jakże. Nie można pisać książki o neurotycznych singlach w Paryżu bez odrobiny miłości – to jasne. Tyle że i ta miłość taka, że się brzydko wyrażę, z dupy strony. Chyba dosłownie miejscami. Bo oni i chcą, i boją się, a wszystko oczywiście z powodu traumy z przeszłości.
Poza tym ten Paryż nieszczęsny… Nijaki, poza tym, że oczywiście każdy w nim pali. Kiedy ustawia się książkę na trzech bohaterach – on, ona i miasto, wypadałoby, żeby chociaż jedno z tej trójki miało charakter. A o charakterze Paryża można zapisać mnóstwo stron, tego akurat Francji nigdy nie brakowało. Jak to się więc stało, że pani Bojarska, która w Paryżu mieszka, pokazała swoje miasto jako takie nic? Rozumiem, gdyby napisała romans w Nicei, tak, Nicea zbyt wiele charakteru nie posiada. Ale Paryż?
A kiedy czytam z tyłu książki takie zdanie „(…) drapieżna proza Anny Bojarskiej doskonale oddaje gorączkową atmosferę Paryża, (…) klimat frenetycznej radości, podszytej nieuleczalnym smutkiem i samotnością”, dochodzę do dwóch wniosków. Przede wszystkim, że najwyraźniej czytałam inną książkę, bo gorączkowej atmosfery Paryża to u pani Bojarskiej jak na lekarstwo. A zaraz po nim następuje drugi: dzięki Bogu, że najwyraźniej czytałam inną książkę, bo takie trochę nudne paplanie dwójki ludzi o niczym, przerywane odrobiną teoretycznie bolesnych wspomnień i seksu, w wakacje można nawet tylko z minimalnym grymasem niezadowolenia przeczytać. A „frenetycznej radości, podszytej nieuleczalnym smutkiem i samotnością” mogłabym na trzeźwo w obcym kraju nie zdzierżyć.

0 komentarze:

Publikowanie komentarza